RZUTZA3.PL KALENDARZ20258-OD-SZOKU-W-CHINACH-PO-DUME-W-KATOWICACH-HISTORIA-POLSKIEGO-ODRODZENIA

[8] Od szoku w Chinach po dumę w Katowicach - historia polskiego odrodzenia

08/12/2025 23:10
fot. fiba.basketball

Od 1 grudnia do 24 grudnia zapraszamy na świąteczny kalendarz na rzutza3.pl! 🎄🎁

Przez 24 dni codziennie publikujemy wyjątkowe treści: wywiady, dłuższe artykuły. Nie przegapcie - obserwujcie naszą stronę i bądźcie na bieżąco! ✨

[8/24]

W polskiej koszykówce długo panowało jedno przekonanie: reprezentacja jest dodatkiem do sezonu klubowego. Raz wyjdzie lepiej, raz gorzej, ale generalnie bez wielkich oczekiwań. To zaczęło się zmieniać dopiero w ostatnich latach, kiedy trzy duże turnieje z rzędu ułożyły obraz kadry na nowo. Chiny 2019, EuroBasket 2022 i tegoroczny EuroBasket 2025 sprawiły, że Polska przeszła drogę od „może coś ugrają” do „to jest drużyna, która ma swoje miejsce w europejskiej czołówce”.

Chiny 2019 - powrót do wielkiej koszykówki, który odmienił polski basket

Turniej w Chinach był dla polskiej koszykówki czymś więcej niż samym awansem na mistrzostwa świata. To był reset myślenia. Przez lata reprezentacja żyła gdzieś na marginesie dużych rozmów sportowych było trochę wspomnień, trochę opowieści o dawnych czasach, ale realnych sukcesów brakowało całymi dekadami. Sam fakt, że w ogóle zakwalifikowaliśmy się do mundialu po raz pierwszy od 1967 roku, wywołał w Polsce efekt wstrząsu. Od pierwszych meczów było widać, że drużyna Mike’a Taylora nie jedzie tylko po doświadczenie. Grupa była niby w naszym zasięgu, ale mecze z gospodarzami, Wenezuelą czy Wybrzeżem Kości Słoniowej to nie były spacery. Szczególnie starcie z Chinami było momentem, w którym polska kadra przestała wyglądać jak „uczestnik mundialu”, a zaczęła wyglądać jak drużyna, która chce coś ugrać. Pełna hala w Pekinie, gigantyczna presja, przewaga fizyczna po stronie gospodarzy wszystko, co normalnie zamyka takie mecze po trzech kwartach.

Odpowiedzieliśmy na to czymś, czego od lat się od niej nie widziało: zespołowością, konsekwencją która trzymała ten mecz aż do dogrywki. A tam już wygrał czysty charakter. AJ Slaughter brał decyzyjne rzuty, Mateusz Ponitka grał jak lider, który wie, że bez niego ten zespół się nie podniesie. Wygraliśmy 79-76 i od tego momentu było jasne, że Polska w Chinach nie jest przypadkiem. Bilans 3-0 w grupie? Brzmi jak fragment z alternatywnej rzeczywistości, ale wydarzył się naprawdę. Rosja w kolejnej rundzie? Również pokonana. Potem przyszło zderzenie z Argentyną, a później z Hiszpanią w ćwierćfinale. Obie te drużyny były po prostu lepsze bardziej poukładane, bardziej fizyczne, bardziej doświadczone. My swoje zrobiliśmy, walczyliśmy, na ile mogliśmy, ale poziomu światowej czołówki na tym etapie jeszcze nie mieliśmy. Mecze z reprezentacją Czech i USA ustawiły nas ostatecznie na ósmym miejscu, ale w polskich realiach był to wynik więcej niż dobry. To był przede wszystkim turniej, który zmienił rozmowę o reprezentacji. Bo osiem lat wcześniej nikt nie uwierzyłby, że możemy grać na takim poziomie. A po Chinach nikt już nie mówił o „przypadku”. Pokazaliśmy się jako drużyna turniejowa, zdolna wytrzymać presję, wygrać mecz z gospodarzem mistrzostw świata, znaleźć liderów wtedy, kiedy naprawdę trzeba.

I co najważniejsze: reprezentacja wreszcie przestała wyglądać jak zespół, który jedzie na wielką imprezę „zobaczyć, jak to jest”.

EuroBasket 2022 - sensacja, która zmieniła obraz tej kadry

EuroBasket 2022 to turniej, do którego dziś wraca się niemal automatycznie, kiedy ktoś zaczyna rozmowę o „nowej reprezentacji Polski”. To był moment, w którym kadra pod wodzą Igora Miličicia przestała być drużyną, która może sprawić niespodziankę, a stała się drużyną, która realnie zrobiła wynik. I nie byle jaki bo jeden z największych w historii polskiej koszykówki. Wchodziliśmy w ten turniej bez presji, raczej jako ta ekipa, na którą patrzy się z sympatią, ale nie wpisuje do grona kandydatów do czegokolwiek. Ta reprezentacja od początku wyglądała, jakby miała w sobie coś niewygodnego dla faworytów. A potem przyszedł Berlin i ćwierćfinał ze Słowenią. Mecz, który już przed pierwszym gwizdkiem wydawał się dla Polski ścianą nie do przebicia. Po drugiej stronie Luka Dončić, obrońcy tytułu. Reprezentacja, która pod względem indywidualnym przewyższała nas w praktycznie każdej klasyfikacji, jaką da się wpisać w analizę. Zagraliśmy pierwszą połowę tego spotkania na poziomie, którego nikt się nie spodziewał. Zespołowość, odwaga - wszystko działało. Reprezentacja Słowenii nie mogła złapać swojego rytmu, a my wyglądaliśmy jak drużyna, która przyszła po swoje. Po przerwie było nerwowo, bo Dončić i spółka potrafią wracać do meczów w kilka minut. Przetrwaliśmy to. A końcówka? Najlepszy możliwy pokaz charakteru.

Symbolem tego wieczoru stał się oczywiście Mateusz Ponitka jego triple-double (26 pkt, 16 zb, 10 as.) to jeden z najbardziej ikonicznych indywidualnych występów na EuroBaskecie, ale w szerszym obrazie ważne było coś innego: ta drużyna pokazała, że jest w stanie na najważniejszej scenie zagrać mecz, który przejdzie do historii. Wygrana 90-87 posłała Polskę do półfinału EuroBasketu po raz pierwszy od 1971 roku. To był wynik, który zmienił sposób, w jaki cała Europa zaczęła patrzeć na biało-czerwonych. W półfinale i meczu o brąz się nie udało - finalnie czwarte miejsce, ale nikt rozsądny nie oceniał tej drużyny przez pryzmat ostatnich 80 minut turnieju. Ten EuroBasket był deklaracją: naprawdę wracamy do europejskiej czołówki. Może nie jako stały kandydat do medalu, ale na pewno jako drużyna, z którą trzeba liczyć się w każdym turnieju. I co najważniejsze po tylu latach wiecznego „budowania”, „przebudowywania” i „szukania kierunku” kadra w końcu miała tożsamość, styl i wynik, który tę tożsamość potrafił udźwignąć.

EuroBasket 2025 - turniej weryfikacji

EuroBasket 2025 był zupełnie inną opowieścią niż wszystko, co oglądaliśmy wcześniej. Tym razem nie byliśmy traktowani jako sympatyczny „underdog”, któremu kibicuje cała Europa, bo fajnie gra i może czymś zaskoczyć. Po półfinale z 2022 roku i w roli współgospodarza turnieju w Katowicach oczekiwania były jasne: wyjście z grupy to obowiązek, a realna walka o ćwierćfinał to absolutne minimum. Gra u siebie dodała energii, to jasne, ale podkręciła też temperaturę. A sama grupa szybko pokazała, że margines błędu jest mikroskopijny. Były piękne momenty jak powtórne ogranie Słowenii, co od razu odpaliło skojarzenia z Berlinem. Była solidna wygrana z Izraelem, ale były też bolesne lekcje od Francji i Belgii. Bilans grupowy dał awans, ale nie zostawił komfortu.

W 1/16 finału kadra zrobiła to, co miała zrobić wygrała z Bośnią i Hercegowiną i po raz kolejny zameldowała się w ćwierćfinale dużego turnieju. Niby normalność, a przecież jeszcze dekadę temu byłoby to święto narodowe. Dopiero mecz z Turcją brutalnie pokazał, gdzie dziś jest sufit tej reprezentacji. Turcy nas fizycznie wyjaśnili. Głębia składu? Lepsza. Siła? Lepsza. A Alperen Şengün najlepiej to wszystko nam pokazał. Triple-double, dominacja pod koszem i po prostu różnica jakości, którą było widać od początku.

Przegraliśmy ćwierćfinał, a po całym turnieju skończyliśmy na szóstym miejscu w Europie. Daje nam to konkretny obraz, że jesteśmy w szerokiej europejskiej czołówce, ale do stałej gry o medale nam jeszcze brakuje. EuroBasket 2025 był turniejem weryfikacji: nowych liderów, rotacji, odporności na presję i tego, czy umiemy grać przeciwko drużynom, które fizycznie są klasę wyżej. Odpowiedź była uczciwa: część rzeczy działa, część trzeba poprawić, część wymaga przebudowy. To był turniej do zapamiętania nie dlatego, że był spektakularny tylko dlatego, że był prawdziwy. Pokazał, gdzie jesteśmy, po prostu był naszym punktem kontrolnym na drodze.

Podsumowania słów kilka

Kiedy patrzymy na tę reprezentacyjną drogę z dystansem, robi się jasne, że to nie była żadna seria przypadkowych fajnych wieczorów, tylko realny proces. Chiny 2019 otworzyły drzwi, które przez czterdzieści lat były zamknięte na cztery spusty. EuroBasket 2022 nie był „cudem”, tylko wybuchem wszystkiego, co ta drużyna miała w sobie najlepszego. A EuroBasket 2025? To już nie miał być kolejny romantyczny rozdział. To miał być turniej, który pokaże, gdzie naprawdę jesteśmy. Od powrotu do wielkiej koszykówki, przez sensacyjny półfinał, aż po tegoroczną weryfikację to wszystko tworzy obraz reprezentacji, która po prostu dorosła. To już nie jest kadra wspominana z sentymentem do złotej młodzieży lat 70. To drużyna, która realnie zapracowała sobie na szacunek.

I w tym wszystkim najważniejsze jest chyba to, że dziś wreszcie możemy patrzeć na reprezentację Polski bez kompleksów i jednocześnie bez złudzeń. Wiemy, że potrafimy wejść na wielką scenę i zrobić hałas, ale wiemy też, czego nam brakuje, żeby być tam na stałe. Zajęliśmy swoje miejsce w europejskiej hierarchii i to nie jest miejsce „z przypadku”. To miejsce wywalczone przez kilka lat ciężkiej pracy.