RZUTZA3.PL NBAJAKIE-PREZENTY-PODAROWALI-NAM-KOSZYKARZE-OMOWIENIE-NBA-CHRISTMAS-DAY-2024
Jakie prezenty podarowali nam koszykarze? Omówienie NBA Christmas Day 2024
26/12/2024 11:21
Święta Bożego Narodzenia są wyczekiwanym czasem w roku dla wielu ludzi. Dla fanów koszykówki, jest to również fajny moment, w którym mogą zobaczyć najlepszych koszykarzy w bardzo atrakcyjnych meczach, w których przed szereg wychodzą gwiazdy NBA. Ciekawostką jest natomiast to, że w tych spotkaniach nie zobaczymy aż 4 z 5 drużyn, z dotychczas najlepszymi bilansami (CLE, OKC, HOU, MEM)!
New York Knicks 117:114 San Antonio Spurs
New York Knicks 117:114 San Antonio Spurs
Pierwszy mecz w trakcie tegorocznego NBA XMAS Day, zapowiadał się dla mnie bardzo obiecująco. Oczywistą gwiazdą numer jeden był Wembanyama, lecz dla polskich fanów równie istotną częścią był Jeremy Sochan. Od początku spotkania obie strony narzuciły szybkie tempo gry. Drużyny rzucały dużą ilość rzutów, jednak skuteczność nie była fenomenalna. Również od samego startu, zobaczyliśmy aktywację niewygodnej obrony w wykonaniu Spurs, na czele ze starającym się blokować wszystko Wembym (2 bloki w 1 kwarcie). Mecz od początku był bardzo wyrównany, jednak po paru minutach 2Q, to ekipa z San Antonio wyszła na pierwsze znaczne, bo 9-punktowe prowadzenie. Jednak po upływie 7 minut wszystko wróciło do bliskiego stanu - 1 punkt różnicy na korzyść Knicks. Tuż przed przerwą zobaczyliśmy dwa potężne wsady koszykarzy Spurs, które rozgrzały wszystkich oglądających do czerwoności (znajdziecie je w highlightsach). Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 51:58. Bez wątpienia, najlepszym zawodnikiem w niej był Victor Wembanyama, zdobywca 24 punktów i 11 zbiórek. Natomiast wśród gospodarzy błyszczał Mikal Bridges (16 punktów do przerwy). Odmienna sytuacja natomiast miała miejsce w trzeciej kwarcie. Francuski olbrzym musiał zejść z czerwonego dywanu, na który wszedł rozpędzony Karl-Anthony Towns (11 pkt w w 6 minut 3Q), a Nowy York wrócił do gry. Bardzo miłym akcentem w trakcie tych 12 minuty były trafione dwie trójki Sochana. Z drugiej jednak strony po 36 minutach miał na swoim koncie także 4 faule i 5 strat. Run 10:0 NYK w samej końcówce sprawił, że przed decydującą częścią meczu na tablicy widniał wynik 88:83. San Anotnio jednak się nie poddawało i tuż po starcie 4Q to oni zrobili serię punktową 9:0. Nowy Jork przy spotkaniu trzymał w dalszym ciągu Bridges, który w ostatnich 12 minutach dołożył 3 trójki. Na sześć minut przed końcem było +5 dla Spurs. Po przerwie na żądanie, prowadzenie zmieniało się to w jedną to drugą stronę. Czy to rzuty dwupunktowe, czy to wymiana rzutów zza łuku (raz Sochan, raz McBride). Na 02:00 do końca i po kolejnym fenomenalnym trafieniu Bridgesa, Knicks wyszli na +3. Potem piłkę w swoje ręce wziął Wemby, jednak źle przymierzył z półdystansu. Mikal Bridges podwyższył wynik na +5. Spurs próbowali zagrać szybką akcję, jednak okazała się ona po raz kolejny nieudana. W odpowiedzi Hart był faulowany, wykorzystał 1 z rzutów osobistych, jednak na niekorzyść San Antonio, to koszykarze z Nowego Jorku zebrali po drugim z nich piłkę. Zegar wskazywał 01:00 i stan 117:111. W kolejnej akcji pomylił się jednak Bridges, a Chris Paul wykorzystał to i trafił trójkę. 40 sekund do końca i +3 dla NYK. I przez ten pozostały czas, Spurs nie powąchali piłki, dając sobie dwa razy zebrać ją w obronie. Mecz skończył się zwycięstwem Knicks 117:114.
Pierwszy mecz w trakcie tegorocznego NBA XMAS Day, zapowiadał się dla mnie bardzo obiecująco. Oczywistą gwiazdą numer jeden był Wembanyama, lecz dla polskich fanów równie istotną częścią był Jeremy Sochan.
Od początku spotkania obie strony narzuciły szybkie tempo gry. Drużyny rzucały dużą ilość rzutów, jednak skuteczność nie była fenomenalna. Również od samego startu, zobaczyliśmy aktywację niewygodnej obrony w wykonaniu Spurs, na czele ze starającym się blokować wszystko Wembym (2 bloki w 1 kwarcie). Mecz od początku był bardzo wyrównany, jednak po paru minutach 2Q, to ekipa z San Antonio wyszła na pierwsze znaczne, bo 9-punktowe prowadzenie. Jednak po upływie 7 minut wszystko wróciło do bliskiego stanu - 1 punkt różnicy na korzyść Knicks. Tuż przed przerwą zobaczyliśmy dwa potężne wsady koszykarzy Spurs, które rozgrzały wszystkich oglądających do czerwoności (znajdziecie je w highlightsach). Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 51:58. Bez wątpienia, najlepszym zawodnikiem w niej był Victor Wembanyama, zdobywca 24 punktów i 11 zbiórek. Natomiast wśród gospodarzy błyszczał Mikal Bridges (16 punktów do przerwy).
Odmienna sytuacja natomiast miała miejsce w trzeciej kwarcie. Francuski olbrzym musiał zejść z czerwonego dywanu, na który wszedł rozpędzony Karl-Anthony Towns (11 pkt w w 6 minut 3Q), a Nowy York wrócił do gry. Bardzo miłym akcentem w trakcie tych 12 minuty były trafione dwie trójki Sochana. Z drugiej jednak strony po 36 minutach miał na swoim koncie także 4 faule i 5 strat. Run 10:0 NYK w samej końcówce sprawił, że przed decydującą częścią meczu na tablicy widniał wynik 88:83. San Anotnio jednak się nie poddawało i tuż po starcie 4Q to oni zrobili serię punktową 9:0. Nowy Jork przy spotkaniu trzymał w dalszym ciągu Bridges, który w ostatnich 12 minutach dołożył 3 trójki. Na sześć minut przed końcem było +5 dla Spurs. Po przerwie na żądanie, prowadzenie zmieniało się to w jedną to drugą stronę. Czy to rzuty dwupunktowe, czy to wymiana rzutów zza łuku (raz Sochan, raz McBride). Na 02:00 do końca i po kolejnym fenomenalnym trafieniu Bridgesa, Knicks wyszli na +3. Potem piłkę w swoje ręce wziął Wemby, jednak źle przymierzył z półdystansu. Mikal Bridges podwyższył wynik na +5. Spurs próbowali zagrać szybką akcję, jednak okazała się ona po raz kolejny nieudana. W odpowiedzi Hart był faulowany, wykorzystał 1 z rzutów osobistych, jednak na niekorzyść San Antonio, to koszykarze z Nowego Jorku zebrali po drugim z nich piłkę. Zegar wskazywał 01:00 i stan 117:111. W kolejnej akcji pomylił się jednak Bridges, a Chris Paul wykorzystał to i trafił trójkę. 40 sekund do końca i +3 dla NYK. I przez ten pozostały czas, Spurs nie powąchali piłki, dając sobie dwa razy zebrać ją w obronie. Mecz skończył się zwycięstwem Knicks 117:114.
"Gwiazdka" meczu: Mikal Bridges - 41 PTS
"Gwiazdka" meczu: Mikal Bridges - 41 PTS
Dallas Mavericks 99:105 Minnesota Timberwolves
Dallas Mavericks 99:105 Minnesota Timberwolves
Kolejny mecz, to rewanż za finał konferencji sprzed sezonu. Oraz starcie oczywiście zapowiadane jako Doncić kontra Edwards. Warto wspomnieć że Mavs ostatnio wygrali 8 spotkań na 10, natomiast Leśne Wilki mają serię 3 porażek. Wynik spotkania otworzyły nam dwa energiczne wsady. Autorem ich był Gobert, a potem Lively. Zaraz po tym celnymi trójkami na parkiecie zameldowali się obaj liderzy, Doncić i Edwards. Obie ekipy prezentowały się bardzo dobrze w ataku co skutkowało wynikiem 15:17 dokładnie po 6 minutach gry, przy zejściu na timeout. Po przerwie, zespoły miały problem ze skutecznością, co też były skutkiem trochę lepszej obrony. Przez prawie cztery minuty oddały tylko po 1 celnym rzucie z gry! Niemocy przełamał dopiero trójką Grimes, wyprowadzając Mavs na prowadzenie. Run 7:0 w wykonaniu Minnesoty na koniec kwarty dał im prowadzenie +2, 24:26. Na starcie drugiej kwarty dostaliśmy popisy strzeleckie zza łuku, a brały w nich udział obie drużyny (po 2 trójki). Po krótkiej przerwie kolejne dwa trafienia zza linii 7,24 dołożył DiVincenzo, a przewaga Timberwolves wzrosła do +9. W połowie drugiej kwarty pierwszy raz prowadzenie osiągnęło dwucyfrową liczbę, ale trwało to tylko chwilę. Również w tym samym czasie na parkiecie spiął się Gafford oraz Gobert, gdyż obaj koszykarze zaczepili się o siebie rękami (obyło się bez żadnych konsekwencji). W końcówce pierwszej połowy, przy stanie +13 dla Minny, boisko utykając opuścił Dońcić. Po 24 minutach wynik prezentował się tak: Dallas 40:57 Minnesota. Przyczyną tego jest jak najbardziej mocna obrona gości oraz fatalna skuteczność gospodarzy (14/43 - 32.6%). Po przerwie od razu dowiedzieliśmy się, że już nie zobaczymy w grze Dońcicia, któremu przydarzyła się kontuzja łydki. Bez lidera Mavs nie weszli najlepiej w drugą połowę i po prawie blisko 5 minutach było już aż +20 dla Timberwolves. Po przerwie na żądanie dostaliśmy salwy zza łuku w wykonaniu obu drużyn, jednak stan meczu dalej utrzymywał się w okolicach +20. Do końca kwarty zespoły trafiały punkt za punkt, a przed ostatnią częścią Minnesota prowadziła 21 punktami! W czwartej kwarcie koszykarze Dallas dali sobie jeszcze nadzieję na korzystny rezultat, głównie przez impuls Kyrie Irvinga. Szybko zdobyta seria punktowa 7:1 zmniejszyła prowadzenie do 15 punktów i wprowadziła trochę nerwowości w szeregach gości. Po przerwie na żądanie Mavs jeszcze bardziej uwierzyli, że można w tym meczu coś osiągnąć, jednak mimo trafianych rzutów, przewaga niwelowała się bardzo powoli. Na 6 minut do końca Timberwolves prowadzili 86:97. Po zaledwie 40 sekundach, po punktach z półdystansu Irvinga, po raz pierwszy od połowy drugiej kwarty różnica była jednocyfrowa. Dallas w czwartej kwarcie w obronie byli nie do poznania! Zatrzymali Minnesotę na zaledwie 7 punktach w 8,5 minuty (łącznie 13 w 4Q)! Na 02:55 do końca po celnej trójce Mavs byli już tylko - 5 (94:99) a chwilę potem po dwóch celnych osobistych zrobiło się -3. Dallas było na fali, a w ostatnią minutę wchodzili ze stratą 2 punktów, jednak przy posiadaniu byli Timberwolves. Z niego jednak Leśne Wilki nie skorzystali, gdyż popełnili prostą stratę przy podwojeniu. Ciężar na swoje barki wziął Irving, jednak nie trafił za trzy punkty. 30 sekund do końca, a przy piłce zespół Minny. Anthony Edwards zabrał piłkę, wjechał pod kosz i w końcu zdobył cenne punkty zwiększając prowadzenie do 4 punktów na 18 sekund przed syreną. W odpowiedzi po czasie, zza łuku nie trafił Thompson, co już praktycznie oznaczało koniec. Zwycięstwo Timberwolves przypieczętował celnym osobistym Randle. Końcowy wynik: Dallas 99:105 Minnesota.
Kolejny mecz, to rewanż za finał konferencji sprzed sezonu. Oraz starcie oczywiście zapowiadane jako Doncić kontra Edwards. Warto wspomnieć że Mavs ostatnio wygrali 8 spotkań na 10, natomiast Leśne Wilki mają serię 3 porażek.
Wynik spotkania otworzyły nam dwa energiczne wsady. Autorem ich był Gobert, a potem Lively. Zaraz po tym celnymi trójkami na parkiecie zameldowali się obaj liderzy, Doncić i Edwards. Obie ekipy prezentowały się bardzo dobrze w ataku co skutkowało wynikiem 15:17 dokładnie po 6 minutach gry, przy zejściu na timeout. Po przerwie, zespoły miały problem ze skutecznością, co też były skutkiem trochę lepszej obrony. Przez prawie cztery minuty oddały tylko po 1 celnym rzucie z gry! Niemocy przełamał dopiero trójką Grimes, wyprowadzając Mavs na prowadzenie. Run 7:0 w wykonaniu Minnesoty na koniec kwarty dał im prowadzenie +2, 24:26. Na starcie drugiej kwarty dostaliśmy popisy strzeleckie zza łuku, a brały w nich udział obie drużyny (po 2 trójki). Po krótkiej przerwie kolejne dwa trafienia zza linii 7,24 dołożył DiVincenzo, a przewaga Timberwolves wzrosła do +9. W połowie drugiej kwarty pierwszy raz prowadzenie osiągnęło dwucyfrową liczbę, ale trwało to tylko chwilę. Również w tym samym czasie na parkiecie spiął się Gafford oraz Gobert, gdyż obaj koszykarze zaczepili się o siebie rękami (obyło się bez żadnych konsekwencji). W końcówce pierwszej połowy, przy stanie +13 dla Minny, boisko utykając opuścił Dońcić. Po 24 minutach wynik prezentował się tak: Dallas 40:57 Minnesota. Przyczyną tego jest jak najbardziej mocna obrona gości oraz fatalna skuteczność gospodarzy (14/43 - 32.6%).
Po przerwie od razu dowiedzieliśmy się, że już nie zobaczymy w grze Dońcicia, któremu przydarzyła się kontuzja łydki. Bez lidera Mavs nie weszli najlepiej w drugą połowę i po prawie blisko 5 minutach było już aż +20 dla Timberwolves. Po przerwie na żądanie dostaliśmy salwy zza łuku w wykonaniu obu drużyn, jednak stan meczu dalej utrzymywał się w okolicach +20. Do końca kwarty zespoły trafiały punkt za punkt, a przed ostatnią częścią Minnesota prowadziła 21 punktami! W czwartej kwarcie koszykarze Dallas dali sobie jeszcze nadzieję na korzystny rezultat, głównie przez impuls Kyrie Irvinga. Szybko zdobyta seria punktowa 7:1 zmniejszyła prowadzenie do 15 punktów i wprowadziła trochę nerwowości w szeregach gości. Po przerwie na żądanie Mavs jeszcze bardziej uwierzyli, że można w tym meczu coś osiągnąć, jednak mimo trafianych rzutów, przewaga niwelowała się bardzo powoli. Na 6 minut do końca Timberwolves prowadzili 86:97. Po zaledwie 40 sekundach, po punktach z półdystansu Irvinga, po raz pierwszy od połowy drugiej kwarty różnica była jednocyfrowa. Dallas w czwartej kwarcie w obronie byli nie do poznania! Zatrzymali Minnesotę na zaledwie 7 punktach w 8,5 minuty (łącznie 13 w 4Q)! Na 02:55 do końca po celnej trójce Mavs byli już tylko - 5 (94:99) a chwilę potem po dwóch celnych osobistych zrobiło się -3. Dallas było na fali, a w ostatnią minutę wchodzili ze stratą 2 punktów, jednak przy posiadaniu byli Timberwolves. Z niego jednak Leśne Wilki nie skorzystali, gdyż popełnili prostą stratę przy podwojeniu. Ciężar na swoje barki wziął Irving, jednak nie trafił za trzy punkty. 30 sekund do końca, a przy piłce zespół Minny. Anthony Edwards zabrał piłkę, wjechał pod kosz i w końcu zdobył cenne punkty zwiększając prowadzenie do 4 punktów na 18 sekund przed syreną. W odpowiedzi po czasie, zza łuku nie trafił Thompson, co już praktycznie oznaczało koniec. Zwycięstwo Timberwolves przypieczętował celnym osobistym Randle. Końcowy wynik: Dallas 99:105 Minnesota.
"Gwiazdka" meczu: Kyrie Irving - 39 PTS
"Gwiazdka" meczu: Kyrie Irving - 39 PTS
Boston Celtics 114:118 Philadelphia 76ers
Boston Celtics 114:118 Philadelphia 76ers
Starcie w którym zobaczymy obecnych mistrzów NBA, których nie mogło ich zabraknąć tego dnia. Boston to zdecydowanie faworyt spotkania, jednak nie raz podczas Christmas Day dzieją się magiczne rzeczy, więc może być to jak najbardziej ciekawy mecz. Otwarcie wyniku spotkania nie mogło odbyć się w żaden inny sposób niż przez rzut za trzy punkty Bostonu. W dalszej fazie kwarty również większość rzutów i to również celnych z obu stron to te zza linii 7,24. Typowa strzelanka, z której minimalnie lepiej wyszli koszykarze Sixers. A to dlatego że do dobrej skuteczności dołożyli aż 4 przechwyty, które pozwoliły na łatwe punkty. Obrona Celtics również nie była agresywna, co w pełni wykorzystywali koszykarze Philadelphii. Koniec kwarty 25:30 (Boston zdobył aż 21 punktów za 3). Druga kwarta to w dalszym ciągu gra obydwu zespołów oparta o rzuty za trzy. Jednak Boston w środku kwarty się zaciął. W tym czasie 76ers zanotowali serię 17:2 w trochę ponad 4 minuty. W końcówce połowy Philadelphia konsekwentnie wykorzystywała nadzwyczajną bierność obrony Celtics, co pozwoliło im dowieźć prowadzenie po 24 minutach gry. 58:66 po trójce Embiida na koniec, po której pokazał w kierunku trybun "wała" (nie został ukarany za to w trakcie spotkania). Informacja najważniejsza po przerwie, czyli brak Porzingisa w wyjściowej piątce. Boston zaczął natomiast z animuszem i po 2,5 minuty już byli tylko o jedno posiadanie za rywalem. Przebudził się w tej kwarcie Brown (2 punkty w 1 połowie, 14 w 3Q). Doskonała obrona mistrzów doprowadziła, że na 4 minuty do końca wyszli oni na prowadzenie (pierwszy raz od stanu 9:8). Po timeoucie, przebudziła się ekipa Sixers co pozwoliło im dogonić Celtów. Z końcem 3 kwarty rezultat spotkania to po 82. Lepiej w finałową część weszła Philadelphia, z runem 12:2. Serię przerwał White, był także wsad Questy. Ale to 76ers odpowiedzieli trzema trójkami i na tablicy zrobiło się +15 (06:30 do końca). Gonitwa Bostonu udało się dopiero na 3 minuty przed syreną, gdy Tatum wykorzystał akcję spod obręczy, zmniejszając stratę do 7 oczek. Po kolejnej przerwie na żądanie, Sixers stracili dwa razy piłkę w bardzo łatwy sposób, co zmniejszyło dystans między zespołami do ledwie 3 punktów. Jednak wykorzystane dwa osobiste przez Embiida oraz punkty spod kosza Maxey'a dały Philadelphii w miarę bezpieczną przewagę 7 punktów na minutę do końca spotkania. Gdy zostało 9 sekund, Celitcs byli -3. Jednak potem musieli faulować, a George wykorzystał oba rzuty wolne. 6,2 sekundy i -5 z perspektywy mistrzów. Jednak po czasie trafiają oni trójkę i są już -2. Muszą faulować, a z presją radzi sobie Embiid, ponownie celnie rzucając oba osobiste. Na zegarze 2,8 sekundy, jednak to było już za mało by wrócić do spotkania, szczególnie przy popełnionej stracie Bostonu. Koniec meczu 114:118."Gwiazdka" meczu: Tyrese Maxey - 33 PTS / 12 ASTGolden State Warriors 113:115 Los Angeles Lakers
Starcie w którym zobaczymy obecnych mistrzów NBA, których nie mogło ich zabraknąć tego dnia. Boston to zdecydowanie faworyt spotkania, jednak nie raz podczas Christmas Day dzieją się magiczne rzeczy, więc może być to jak najbardziej ciekawy mecz.
Otwarcie wyniku spotkania nie mogło odbyć się w żaden inny sposób niż przez rzut za trzy punkty Bostonu. W dalszej fazie kwarty również większość rzutów i to również celnych z obu stron to te zza linii 7,24. Typowa strzelanka, z której minimalnie lepiej wyszli koszykarze Sixers. A to dlatego że do dobrej skuteczności dołożyli aż 4 przechwyty, które pozwoliły na łatwe punkty. Obrona Celtics również nie była agresywna, co w pełni wykorzystywali koszykarze Philadelphii. Koniec kwarty 25:30 (Boston zdobył aż 21 punktów za 3). Druga kwarta to w dalszym ciągu gra obydwu zespołów oparta o rzuty za trzy. Jednak Boston w środku kwarty się zaciął. W tym czasie 76ers zanotowali serię 17:2 w trochę ponad 4 minuty. W końcówce połowy Philadelphia konsekwentnie wykorzystywała nadzwyczajną bierność obrony Celtics, co pozwoliło im dowieźć prowadzenie po 24 minutach gry. 58:66 po trójce Embiida na koniec, po której pokazał w kierunku trybun "wała" (nie został ukarany za to w trakcie spotkania).
Informacja najważniejsza po przerwie, czyli brak Porzingisa w wyjściowej piątce. Boston zaczął natomiast z animuszem i po 2,5 minuty już byli tylko o jedno posiadanie za rywalem. Przebudził się w tej kwarcie Brown (2 punkty w 1 połowie, 14 w 3Q). Doskonała obrona mistrzów doprowadziła, że na 4 minuty do końca wyszli oni na prowadzenie (pierwszy raz od stanu 9:8). Po timeoucie, przebudziła się ekipa Sixers co pozwoliło im dogonić Celtów. Z końcem 3 kwarty rezultat spotkania to po 82. Lepiej w finałową część weszła Philadelphia, z runem 12:2. Serię przerwał White, był także wsad Questy. Ale to 76ers odpowiedzieli trzema trójkami i na tablicy zrobiło się +15 (06:30 do końca). Gonitwa Bostonu udało się dopiero na 3 minuty przed syreną, gdy Tatum wykorzystał akcję spod obręczy, zmniejszając stratę do 7 oczek. Po kolejnej przerwie na żądanie, Sixers stracili dwa razy piłkę w bardzo łatwy sposób, co zmniejszyło dystans między zespołami do ledwie 3 punktów. Jednak wykorzystane dwa osobiste przez Embiida oraz punkty spod kosza Maxey'a dały Philadelphii w miarę bezpieczną przewagę 7 punktów na minutę do końca spotkania. Gdy zostało 9 sekund, Celitcs byli -3. Jednak potem musieli faulować, a George wykorzystał oba rzuty wolne. 6,2 sekundy i -5 z perspektywy mistrzów. Jednak po czasie trafiają oni trójkę i są już -2. Muszą faulować, a z presją radzi sobie Embiid, ponownie celnie rzucając oba osobiste. Na zegarze 2,8 sekundy, jednak to było już za mało by wrócić do spotkania, szczególnie przy popełnionej stracie Bostonu. Koniec meczu 114:118.
"Gwiazdka" meczu: Tyrese Maxey - 33 PTS / 12 AST
"Gwiazdka" meczu: Tyrese Maxey - 33 PTS / 12 AST
Golden State Warriors 113:115 Los Angeles Lakers
Golden State Warriors 113:115 Los Angeles Lakers
Mecz na który subiektywnie najbardziej czekałem. LeBron James versus Stephen Curry. Istna klasyka. Nic więcej nie trzeba dodawać. Punktowanie w spotkaniu rozpoczął Curry. Skoro z jednej strony zaczął lider, to dla Lakers pierwsze oczka zapisał na swoje konto nie kto inny jak LBJ. Zdobył on 6 punktów, które były całym dorobkiem drużyny LAL w przez 5,5 minuty. Warriors zaczęli od początku mocno bronić. W środku kwarty dołożyli dwa szybkie trafienia zza łuku (Wiggins + Curry), co dało im prowadzenie 16:9. Po wejściu zmienników gra wyraźnie przyśpieszyła i w krótkim czasie obie ekipy dołożyły po kilka punktów. Na ostatnie 2 minuty z groszem wrócił LeBron, a pod jego batutą wrócili Lakers. Po 12 minutach 23:23. Przed drugą kwartą dowiedzieliśmy się o zejściu Davisa do szatni, po podkręceniu kostki w 1Q. Początek drugiej kwarty to w dalszym ciągu solidne punktowanie przez obie piątki. Po 2,5 minutach zobaczyliśmy fenomenalny wsad Kumingi, przy dwóch koszykarzach Los Angeles. Mimo tej pięknej akcji, to Golden State miało problem ze znalezieniem drogi do kosza. Seria 16:2 dla Lakers w nieco ponad 4 minuty to dobra zaliczka dla przyjezdnych. Do końca pierwszej połowy, drużyny zdobywały punkty w miarę równo, co cały czas pozwalało LAL utrzymywać kilkupunktowe prowadzenie. Końcowe sekundy to jednak wspaniała gra GSW, która pozwoliła im się nieco zbliżyć z końcową syreną na przerwę. Warriors 52:55 Lakers. Davis ponownie nie wyszedł na parkiet z początkiem trzeciej kwarty. Przerwa dała odpoczynek koszykarzom, ale również na niej skalibrowali oni swoje celowniki, przez co mogliśmy zobaczyć wiele skutecznych akcji na starcie 3Q. Po blisko 5 minutach i kolejnej trójce Curry'ego na tablicy było 67:67. Jednak po czasie Lakers szybko odskoczyli, notując run 11:2 (03:47 do końca 3Q). Po tym momencie zespoły grały kosz za kosza, przez co po 36 minutach było 76:84. Start czwartej kwarty był bardzo zbliżony do końca trzeciej. Punkt za punkt, chociaż udało się Golden State zniwelować stratę do 5 oczek. Ta sytuacja utrzymywała się aż przez 7 minut kwarty, kiedy Warriors zbliżyli się na jedno posiadanie (94:97). Jednak to był max jaki byli w stanie wyciągnąć gospodarze. Lakers zrobili serię 7:0 (03:27 do końca), a przewaga znów była dwucyfrowa. Minutę do końca przewaga Los Angeles wynosiła 7 oczek, kilka sekund potem fantastyczny blok zalicza LBJ, co było ostatnim pozytywem Lakers. Szybkie 5 punktów zdobyte przez Warriors sprawiło, że na niecałe 26 sekund przed końcem GSW było już tylko dwa punkty za rywalami - 107:109. Postanowili oni faulować, a dwa osobiste wykorzystał Christie. W kolejnej akcji Golden State miało piłkę, a Curry trafił cudownie na kryjącym go LeBronem za trzy. Stan meczu 110:111 na 12,2 sekundy do końca. Kolejny celowy faul Warriors i kolejne celne rzuty, tym razem Reavesa. 3 punkty różnicy, 8,9 sekundy. GSW przeniosło piłkę na atakowaną połowę, Curry dostał piłkę i oczywiście trafił na wyrównanie! Gdy na zegarze było 6,2 sekundy, a Lakers również przenieśli się na stronę Warriors było pewne, że poszukają wygranej. Indywidualna akcja Ravesa, wejście pod kosz i... wpadło. LAL zwyciężyli bardzo interesujący mecz, a wynik to 113:115."Gwiazdka" meczu: Austin Reaves - 26 PTS / 10 REB / 10 AST
Mecz na który subiektywnie najbardziej czekałem. LeBron James versus Stephen Curry. Istna klasyka. Nic więcej nie trzeba dodawać.
Punktowanie w spotkaniu rozpoczął Curry. Skoro z jednej strony zaczął lider, to dla Lakers pierwsze oczka zapisał na swoje konto nie kto inny jak LBJ. Zdobył on 6 punktów, które były całym dorobkiem drużyny LAL w przez 5,5 minuty. Warriors zaczęli od początku mocno bronić. W środku kwarty dołożyli dwa szybkie trafienia zza łuku (Wiggins + Curry), co dało im prowadzenie 16:9. Po wejściu zmienników gra wyraźnie przyśpieszyła i w krótkim czasie obie ekipy dołożyły po kilka punktów. Na ostatnie 2 minuty z groszem wrócił LeBron, a pod jego batutą wrócili Lakers. Po 12 minutach 23:23. Przed drugą kwartą dowiedzieliśmy się o zejściu Davisa do szatni, po podkręceniu kostki w 1Q. Początek drugiej kwarty to w dalszym ciągu solidne punktowanie przez obie piątki. Po 2,5 minutach zobaczyliśmy fenomenalny wsad Kumingi, przy dwóch koszykarzach Los Angeles. Mimo tej pięknej akcji, to Golden State miało problem ze znalezieniem drogi do kosza. Seria 16:2 dla Lakers w nieco ponad 4 minuty to dobra zaliczka dla przyjezdnych. Do końca pierwszej połowy, drużyny zdobywały punkty w miarę równo, co cały czas pozwalało LAL utrzymywać kilkupunktowe prowadzenie. Końcowe sekundy to jednak wspaniała gra GSW, która pozwoliła im się nieco zbliżyć z końcową syreną na przerwę. Warriors 52:55 Lakers.
Davis ponownie nie wyszedł na parkiet z początkiem trzeciej kwarty. Przerwa dała odpoczynek koszykarzom, ale również na niej skalibrowali oni swoje celowniki, przez co mogliśmy zobaczyć wiele skutecznych akcji na starcie 3Q. Po blisko 5 minutach i kolejnej trójce Curry'ego na tablicy było 67:67. Jednak po czasie Lakers szybko odskoczyli, notując run 11:2 (03:47 do końca 3Q). Po tym momencie zespoły grały kosz za kosza, przez co po 36 minutach było 76:84. Start czwartej kwarty był bardzo zbliżony do końca trzeciej. Punkt za punkt, chociaż udało się Golden State zniwelować stratę do 5 oczek. Ta sytuacja utrzymywała się aż przez 7 minut kwarty, kiedy Warriors zbliżyli się na jedno posiadanie (94:97). Jednak to był max jaki byli w stanie wyciągnąć gospodarze. Lakers zrobili serię 7:0 (03:27 do końca), a przewaga znów była dwucyfrowa. Minutę do końca przewaga Los Angeles wynosiła 7 oczek, kilka sekund potem fantastyczny blok zalicza LBJ, co było ostatnim pozytywem Lakers. Szybkie 5 punktów zdobyte przez Warriors sprawiło, że na niecałe 26 sekund przed końcem GSW było już tylko dwa punkty za rywalami - 107:109. Postanowili oni faulować, a dwa osobiste wykorzystał Christie. W kolejnej akcji Golden State miało piłkę, a Curry trafił cudownie na kryjącym go LeBronem za trzy. Stan meczu 110:111 na 12,2 sekundy do końca. Kolejny celowy faul Warriors i kolejne celne rzuty, tym razem Reavesa. 3 punkty różnicy, 8,9 sekundy. GSW przeniosło piłkę na atakowaną połowę, Curry dostał piłkę i oczywiście trafił na wyrównanie! Gdy na zegarze było 6,2 sekundy, a Lakers również przenieśli się na stronę Warriors było pewne, że poszukają wygranej. Indywidualna akcja Ravesa, wejście pod kosz i... wpadło. LAL zwyciężyli bardzo interesujący mecz, a wynik to 113:115.
"Gwiazdka" meczu: Austin Reaves - 26 PTS / 10 REB / 10 AST
"Gwiazdka" meczu: Austin Reaves - 26 PTS / 10 REB / 10 AST
"Gwiazdka" meczu: Austin Reaves - 26 PTS / 10 REB / 10 AST
Phoenix Suns 110:100 Denver Nuggets
Phoenix Suns 110:100 Denver Nuggets
Na koniec dostaliśmy powtórkę spotkania sprzed 2 dni, gdzie na własnym parkiecie Denver gładko wygrało 117:90 (najwyższa porażka Suns w sezonie). Tym razem, jednak byliśmy w stolicy Arizony oraz oczywiście w świątecznych okolicznościach.
Pierwsze punkty w spotkaniu zdobył Durant. Za nim w ślady poszło całe Phoenix, które udanie otwarło mecz 15:6, po trochę ponad 4 minutach gry. W drugiej części kwarty co raz bardzie swoją koszykówkę zaczęli gracz koszykarze Denver. Przerodziło się to także na dużą ilość rzutów osobistych, które jednak nie były idealnie wykorzystywane. Lecz przynajmniej udało się zniwelować stratę do dwóch oczek. W końcówce jednak ponowie gospodarze powiększyli prowadzenie, głównie dzięki wspaniałej skuteczności (12/17 z gry i 6/7 za trzy). Po pierwszej kwarcie 38:34. Druga ćwiartka spotkania to zdecydowanie punktowanie naprzemienne, a Phoenix utrzymywało prowadzenie w okolicach kilku punktów. Seria 9:0 Nuggets w końcówce połowy sprawiła, iż po raz pierwszy tym spotkaniu to oni objęli prowadzenie. Jednak ostatnie słowo należało do Suns, więc na halftime schodzili oni z wynikiem 58:56.
Na start trzeciej kwarty obie drużyny zaprezentowały nam pokaz ofensywy. 12:12 w nieco ponad 3 minuty, mocno podwyższyło wynik, jednak status sprzed przerwy został zachowany. W drugiej części kwarty Phoenix postawiło się zdecydowanie w obronie. Nuggets popełnili aż 7 strat w 3Q (w tym 6 przechwytów Suns), a przez blisko 9 minut zdobyli ledwie 10 punktów. Przed decydującymi 12 minutami wynik prezentował się następująco Pheonix 85:78 Denver. Po minucie 4Q, przewaga stała się dwucyfrowa, dzięki akcji 2+1 w wykonaniu Plumlee. Nuggets próbowali wracać, w szczególności na barkach Murray'a, niewidocznego we wcześniejszych fazach meczu. Jednak w tym momencie pojawiły się olbrzymie problemy w defensywie, a po trójce O'Neale'a przewaga Phoenix wynosiła +12 (07:20 do końca). Na parkiet wrócił Jokić, jednak nie był on w stanie pomóc dźwignąć się Denver. Po świetnej izolacji Duranta zrobiło się +15 (04:30 do końca). Do końca meczu różnica nie zmalała do postaci jednocyfrowej. Pewne zwycięstwo Suns zostało przypieczętowane trójką Jonesa na 100 sekund do końca. Wynik końcowy 110:100.
"Gwiazdka" meczu: Bradley Beal - 27 PTS / 4 AST / 4 STL
"Gwiazdka" meczu: Bradley Beal - 27 PTS / 4 AST / 4 STL