RZUTZA3.PL NBAJIMMY-BUTLER-I-MIAMI-HEAT-O-CO-WASCIWIE-TU-CHODZI

Jimmy Butler i Miami Heat - o co właściwie tu chodzi?

06/01/2025 02:30
Sam Navarro, Imagn Images

Od kilku dni oczy całego świata NBA zwrócone są na Florydę i konflikt, jaki nastał w drużynie trzykrotnych mistrzów NBA. Jimmy Butler, bo to o nim mówi się najgłośniej od kilku dni, zażądał wymiany z Miami Heat do "jakiegokolwiek innego klubu NBA". Temat ten rozgrzewa do czerwoności fanów NBA, i uśmierza niejako "grudniowo-styczniową nudę" z jaką mamy zazwyczaj do czynienia w trakcie sezonu regularnego. Skąd zaistniał ten konflikt, między kim, oraz do czego może doprowadzić? Zapraszam na artykuł.

Efekt motyla - jak kontuzja doprowadziła do wojny dwóch egocentryków.

Efekt motyla - jak kontuzja doprowadziła do wojny dwóch egocentryków.

Mamy 18 kwietnia 2024 roku. Tuż po zakończonym sezonie regularnym NBA przystępuje do rozstrzygnięcia finałowych miejsc 7 i 8 w playoffach obu konferencji w ramach fazy play-in, a na pierwszy ogień w konferencji wschodniej idzie mecz Miami Heat - Philadelphia 76ers. Ci pierwsi po jak zwykle - dość średnim sezonie regularnym, a ci drudzy po sezonie, w którym przede wszystkim brakowało lidera, bowiem Joel Embiid ponad połowę sezonu spędził kontuzjowany. Wynik meczu jest nieważny - pomimo tego że Miami Heat przegrali, toteż finalnie weszli oni do playoffów po pokonaniu Chicago Bulls. Czemu zatem wspominam o tym konkretnym meczu? Ponieważ to tak naprawdę tam, a nie w playoffach Miami Heat zakończyli swój sezon. Jimmy Butler - główna gwiazda i ikona drużyny Heat nabawił się kontuzji, która definitywnie zakończyła jego sezon w ubiegłorocznych rozgrywkach.

Mamy 18 kwietnia 2024 roku. Tuż po zakończonym sezonie regularnym NBA przystępuje do rozstrzygnięcia finałowych miejsc 7 i 8 w playoffach obu konferencji w ramach fazy play-in, a na pierwszy ogień w konferencji wschodniej idzie mecz Miami Heat - Philadelphia 76ers. Ci pierwsi po jak zwykle - dość średnim sezonie regularnym, a ci drudzy po sezonie, w którym przede wszystkim brakowało lidera, bowiem Joel Embiid ponad połowę sezonu spędził kontuzjowany. Wynik meczu jest nieważny - pomimo tego że Miami Heat przegrali, toteż finalnie weszli oni do playoffów po pokonaniu Chicago Bulls. Czemu zatem wspominam o tym konkretnym meczu? Ponieważ to tak naprawdę tam, a nie w playoffach Miami Heat zakończyli swój sezon. Jimmy Butler - główna gwiazda i ikona drużyny Heat nabawił się kontuzji, która definitywnie zakończyła jego sezon w ubiegłorocznych rozgrywkach.

Drużyna z Miami dostając się do playoffów z ósmego miejsca trafiła na drużynę, którą co prawda pokonali rok wcześniej w finałach konferencji wschodniej, toteż co ważne - uczynili to z Jimmym Butlerem. Boston Celtics, bo o nich mowa, "skopali tyłki" drużynie Heat, którą pokonali wynikiem 4:1, przy czym ten jeden mecz Heat zwyciężyli jedynie dzięki historycznemu występowi, na ponad 50% skuteczności za trzy. W trakcie serii kontuzjowany Butler często odzywał się w mediach, komentując na swój sposób, że Heat wygrają tę serię. Po przegranej, rzucił on niesamowicie ważny dla obecnej sytuacji komentarz, który z niczego tak naprawdę, zdołał przekreślić całą przyszłość Butlera w Heat. "Gdybym grał, to byśmy wygrali" - bo takie słowa rzucił Butler, nie szokowały specjalnie nikogo. "Himmy Butler" ma w stylu rzucanie sarkastycznych wypowiedzi mających jednocześnie podkreślić jego pewność siebie. Jednakże tym razem było to iskrą, która doprowadziła do wielkiego pożaru, bowiem na słowa Butlera zareagował nikt inny, jak... Pat Riley, niekwestionowana legenda NBA, dziesięciokrotny mistrz NBA jako członek front office'u/head coach. Słowa Pata Rileya zrozumieć można było tylko w jeden sposób - z jakiegoś powodu skończyła się mu cierpliwość do Butlera, który mimo wszystko był dowodzącym ekipie, która osiągała wyniki znacznie ponad stan, i dwukrotnie zameldowała się w finale NBA. Co zatem powiedział Riley? "Jeśli nie grasz, powinieneś się zamknąć" wybrzmiewające z ust Pata Rileya to niejedynie medialny cios w policzek, a właśnie powyższa sugestia, że szefowi front office'u Heat skończyła się cierpliwość do charakteru Butlera. Pat Riley znany jest bowiem ze swojego wielkiego ego, które uzasadnione jest tym, że miał on ogromny wpływ na aż 10 zdobytych pierścieni mistrzowskich, przy czym Butler zdobył ich... 0, mimo tego że w finałach meldował się dwa razy i to z drużyną, której był główną gwiazdą. Na koniec dnia jednak decydują liczby, i to Butler mając 0 pierścieni mistrzowskich dla Pata Rileya jest nikim, kto mógłby kwestionować jego zdanie. Butler natomiast zapewne z dużą dozą szacunku do legendy, nie ma zamiaru być nikim innym, niż zwyczajnie sobą, i to ta różnica charakteru zrobiła z tej iskry medialnej płomień, który być może zaowocuje całkowitą przebudową Miami Heat.

Drużyna z Miami dostając się do playoffów z ósmego miejsca trafiła na drużynę, którą co prawda pokonali rok wcześniej w finałach konferencji wschodniej, toteż co ważne - uczynili to z Jimmym Butlerem. Boston Celtics, bo o nich mowa, "skopali tyłki" drużynie Heat, którą pokonali wynikiem 4:1, przy czym ten jeden mecz Heat zwyciężyli jedynie dzięki historycznemu występowi, na ponad 50% skuteczności za trzy. W trakcie serii kontuzjowany Butler często odzywał się w mediach, komentując na swój sposób, że Heat wygrają tę serię. Po przegranej, rzucił on niesamowicie ważny dla obecnej sytuacji komentarz, który z niczego tak naprawdę, zdołał przekreślić całą przyszłość Butlera w Heat. "Gdybym grał, to byśmy wygrali" - bo takie słowa rzucił Butler, nie szokowały specjalnie nikogo. "Himmy Butler" ma w stylu rzucanie sarkastycznych wypowiedzi mających jednocześnie podkreślić jego pewność siebie. Jednakże tym razem było to iskrą, która doprowadziła do wielkiego pożaru, bowiem na słowa Butlera zareagował nikt inny, jak... Pat Riley, niekwestionowana legenda NBA, dziesięciokrotny mistrz NBA jako członek front office'u/head coach. Słowa Pata Rileya zrozumieć można było tylko w jeden sposób - z jakiegoś powodu skończyła się mu cierpliwość do Butlera, który mimo wszystko był dowodzącym ekipie, która osiągała wyniki znacznie ponad stan, i dwukrotnie zameldowała się w finale NBA. Co zatem powiedział Riley? "Jeśli nie grasz, powinieneś się zamknąć" wybrzmiewające z ust Pata Rileya to niejedynie medialny cios w policzek, a właśnie powyższa sugestia, że szefowi front office'u Heat skończyła się cierpliwość do charakteru Butlera. Pat Riley znany jest bowiem ze swojego wielkiego ego, które uzasadnione jest tym, że miał on ogromny wpływ na aż 10 zdobytych pierścieni mistrzowskich, przy czym Butler zdobył ich... 0, mimo tego że w finałach meldował się dwa razy i to z drużyną, której był główną gwiazdą. Na koniec dnia jednak decydują liczby, i to Butler mając 0 pierścieni mistrzowskich dla Pata Rileya jest nikim, kto mógłby kwestionować jego zdanie. Butler natomiast zapewne z dużą dozą szacunku do legendy, nie ma zamiaru być nikim innym, niż zwyczajnie sobą, i to ta różnica charakteru zrobiła z tej iskry medialnej płomień, który być może zaowocuje całkowitą przebudową Miami Heat.

Miało być dobrze...

Miało być dobrze...

Mimo wszystko, początek sezonu 24/25 dla Heat przebiegał pomyślnie, co było dość nieoczywiste ze względu na to, że sami raczej nie brylowali w sezonach regularnych, a wschodnie zespoły miały jeden z największych "falstartów" w historii. Niesamowita dyspozycja Tylera Herro, Bama Adebayo, graczy zadaniowych czy właśnie Jimmy'ego Butlera (choć on początku sezonu nie zaliczał do najbardziej udanych) sprawiła, że sezon ten w wykonaniu Heat wyglądał naprawdę dobrze. Jimmy Butler dopiero z czasem wszedł w sezon, i podtrzymał swoje średnie liczbowe z okresu całej kariery, dokładając do tego statystykę eFG%, w której to zdecydowanie się polepszył. I musiał się polepszyć, ponieważ większość rzutów w drużynie zaczął przejmować młody Tyler Herro, który gra fenomenalny sezon, i próbuje udowodnić że jest zawodnikiem na miarę pierwszej opcji w ofensywie. I choć sezon nie ma nawet trzech miesięcy, to po tak dobrym początku znajdujemy się w sytuacji w której Jimmy Butler w wywiadzie pomeczowym wypowiedział słowa „I want my joy from basketball back”, świadczące o tym że Butler nie czuje się dobrze z nową rolą w ofensywie Miami, w której jego USG% spadł o 3 punkty procentowe. Słowa te, mimo „zrzucenia winy” na nowy sposób gry ofensywy Miami, zdecydowanie nie zostały uznane przez społeczność NBA za całkowitą prawdę. Butler, choć faktycznie z nieco inną rolą w ofensywie spisywał się naprawdę dobrze, a to, co uznane zostało przez społeczność ligi za faktyczny powód chęci odejścia gracza, który przecież nie tak dawno deklarował publicznie że to w Miami chce zakończyć karierę, to konflikt Butlera z Rileyem, o którym oraz częściej informowały nas uprzednio insiderskie media ligi (np. Shams Charania). Z drużyny, która bez problemu wchodzi do playoffów mamy sytuację tak naprawdę patową, która może przekreślić kilka najbliższych lat Heat w lidze. A czemu tak?

Mimo wszystko, początek sezonu 24/25 dla Heat przebiegał pomyślnie, co było dość nieoczywiste ze względu na to, że sami raczej nie brylowali w sezonach regularnych, a wschodnie zespoły miały jeden z największych "falstartów" w historii. Niesamowita dyspozycja Tylera Herro, Bama Adebayo, graczy zadaniowych czy właśnie Jimmy'ego Butlera (choć on początku sezonu nie zaliczał do najbardziej udanych) sprawiła, że sezon ten w wykonaniu Heat wyglądał naprawdę dobrze. Jimmy Butler dopiero z czasem wszedł w sezon, i podtrzymał swoje średnie liczbowe z okresu całej kariery, dokładając do tego statystykę eFG%, w której to zdecydowanie się polepszył. I musiał się polepszyć, ponieważ większość rzutów w drużynie zaczął przejmować młody Tyler Herro, który gra fenomenalny sezon, i próbuje udowodnić że jest zawodnikiem na miarę pierwszej opcji w ofensywie. I choć sezon nie ma nawet trzech miesięcy, to po tak dobrym początku znajdujemy się w sytuacji w której Jimmy Butler w wywiadzie pomeczowym wypowiedział słowa „I want my joy from basketball back”, świadczące o tym że Butler nie czuje się dobrze z nową rolą w ofensywie Miami, w której jego USG% spadł o 3 punkty procentowe. Słowa te, mimo „zrzucenia winy” na nowy sposób gry ofensywy Miami, zdecydowanie nie zostały uznane przez społeczność NBA za całkowitą prawdę. Butler, choć faktycznie z nieco inną rolą w ofensywie spisywał się naprawdę dobrze, a to, co uznane zostało przez społeczność ligi za faktyczny powód chęci odejścia gracza, który przecież nie tak dawno deklarował publicznie że to w Miami chce zakończyć karierę, to konflikt Butlera z Rileyem, o którym oraz częściej informowały nas uprzednio insiderskie media ligi (np. Shams Charania). Z drużyny, która bez problemu wchodzi do playoffów mamy sytuację tak naprawdę patową, która może przekreślić kilka najbliższych lat Heat w lidze. A czemu tak?

Narzędzia walki - dlaczego sytuacja nie jest prosta?

Narzędzia walki - dlaczego sytuacja nie jest prosta?

Ponad półtora roku temu Kyrie Irving zażądał wymiany z Brooklyn Nets. I takową otrzymał, szybko, bez problemu. Dlaczego zatem sytuacja, w której to Butler chce wymiany jest inna, cięższa? Po pierwsze - profil zawodnika. Kyrie Irving był wówczas 30-latkiem, jego imię było marką, a kończący się kontrakt wcale nie był utrapieniem tak długo, jak uda się z nim dogadać następny kontrakt. Zawodnik ten na swoim koncie dalej miał cyfry, i nie wyglądało wcale na to, że cokolwiek obniży jego jakość. Butler natomiast w obecnej chwili ma... 35 lat, co już bardzo mocno przeszkadza drużynom w "przyszłościowej wizji" swojej drużyny z Butlerem w składzie, za którego musieliby oddać ekwiwalent jego kontraktu, czyli 48 milionów dolarów, co jest nie oszukujmy się - ogromnym osłabieniem tak długo, jak nie jest to wymiana za Bradleya Beala. Po drugie - Jimmy'emu Butlerowi kończy się kontrakt, w którym ma zapisaną opcję gracza, a co za tym idzie gracz ten musi być chętny na nowy kontrakt, który w wieku 35 lat nie będzie przeogromny, ani czteroletni lub pięcioletni... czego oczekiwałby zawodnik, bowiem Butler takiego kontraktu właśnie chce. 35-letni zawodnik dający 18 punktów na mecz nie nadrabiający żadną inną statystyką, za którego musiałbyś oddać ekwiwalent 48 milionów dolarów (dla przypomnienia jak duża jest to kwota warto wspomnieć, że gdyby Dallas Mavericks chcieli wymienić Lukę Doncicia za Jimmy'ego Butlera, to musieliby dodać jeszcze jednego zawodnika, którego wartość kontraktu wynosi co najmniej 5 milionów dolarów) to nie dość, że marna inwestycja, to jeszcze niesamowicie droga. Butler zatem może nie zostać wymieniony do końca tego trade deadline, bowiem fizycznie nikt po niego się nie skusi. Dlaczego zatem jest to również narzędzie w ręku Butlera? Wspomniałem już o opcji gracza, którą Jimmy posiada. Co prawda, raczej jej nie wykorzysta, i skusi się na mniejszy kontrakt w innej drużynie NBA, ale w sytuacji w której chciałby takową wykorzystać to Miami Heat zmuszone będzie płacić mu 52 miliony dolarów za następny sezon, który może zwyczajnie przesiedzieć, "starać się mniej", jednak na granicy zostania przez drużynę zawieszonym. Są to dla niego tak naprawdę darmowe pieniądze oraz utarcie nosa Rileyowi, zatem nie skreślałbym tej opcji, jednak znacznie bardziej dla Butlera korzystne pod względem sportowym i psychicznym będzie odrzucenie opcji zawodnika i poszukanie szczęścia w innej drużynie NBA w off-seasonie. I choć Butlera znamy raczej z bycia zawsze pozytywnym, pewnym siebie zawodnikiem, toteż konferencja za którą został zawieszony jednoznacznie pokazała - Jimmy jest zmęczony, nie koszykówką, nie grą w Heat. Czymś innym. Najprawdopodobniej Patem Rileyem.

Ponad półtora roku temu Kyrie Irving zażądał wymiany z Brooklyn Nets. I takową otrzymał, szybko, bez problemu. Dlaczego zatem sytuacja, w której to Butler chce wymiany jest inna, cięższa? Po pierwsze - profil zawodnika. Kyrie Irving był wówczas 30-latkiem, jego imię było marką, a kończący się kontrakt wcale nie był utrapieniem tak długo, jak uda się z nim dogadać następny kontrakt. Zawodnik ten na swoim koncie dalej miał cyfry, i nie wyglądało wcale na to, że cokolwiek obniży jego jakość. Butler natomiast w obecnej chwili ma... 35 lat, co już bardzo mocno przeszkadza drużynom w "przyszłościowej wizji" swojej drużyny z Butlerem w składzie, za którego musieliby oddać ekwiwalent jego kontraktu, czyli 48 milionów dolarów, co jest nie oszukujmy się - ogromnym osłabieniem tak długo, jak nie jest to wymiana za Bradleya Beala. Po drugie - Jimmy'emu Butlerowi kończy się kontrakt, w którym ma zapisaną opcję gracza, a co za tym idzie gracz ten musi być chętny na nowy kontrakt, który w wieku 35 lat nie będzie przeogromny, ani czteroletni lub pięcioletni... czego oczekiwałby zawodnik, bowiem Butler takiego kontraktu właśnie chce. 35-letni zawodnik dający 18 punktów na mecz nie nadrabiający żadną inną statystyką, za którego musiałbyś oddać ekwiwalent 48 milionów dolarów (dla przypomnienia jak duża jest to kwota warto wspomnieć, że gdyby Dallas Mavericks chcieli wymienić Lukę Doncicia za Jimmy'ego Butlera, to musieliby dodać jeszcze jednego zawodnika, którego wartość kontraktu wynosi co najmniej 5 milionów dolarów) to nie dość, że marna inwestycja, to jeszcze niesamowicie droga. Butler zatem może nie zostać wymieniony do końca tego trade deadline, bowiem fizycznie nikt po niego się nie skusi. Dlaczego zatem jest to również narzędzie w ręku Butlera? Wspomniałem już o opcji gracza, którą Jimmy posiada. Co prawda, raczej jej nie wykorzysta, i skusi się na mniejszy kontrakt w innej drużynie NBA, ale w sytuacji w której chciałby takową wykorzystać to Miami Heat zmuszone będzie płacić mu 52 miliony dolarów za następny sezon, który może zwyczajnie przesiedzieć, "starać się mniej", jednak na granicy zostania przez drużynę zawieszonym. Są to dla niego tak naprawdę darmowe pieniądze oraz utarcie nosa Rileyowi, zatem nie skreślałbym tej opcji, jednak znacznie bardziej dla Butlera korzystne pod względem sportowym i psychicznym będzie odrzucenie opcji zawodnika i poszukanie szczęścia w innej drużynie NBA w off-seasonie. I choć Butlera znamy raczej z bycia zawsze pozytywnym, pewnym siebie zawodnikiem, toteż konferencja za którą został zawieszony jednoznacznie pokazała - Jimmy jest zmęczony, nie koszykówką, nie grą w Heat. Czymś innym. Najprawdopodobniej Patem Rileyem.

Przyszłość Heat - co teraz?

Przyszłość Heat - co teraz?

Nie oszukujmy się - jest kiepsko, aby nie powiedzieć, że bardzo kiepsko. Jimmy Butler jest floor general'em - jego obecność sprawia, że zawodnicy wokół stają się lepsi nawet gdy Jimmy nie gra. Pierwszy mecz po jego zawieszeniu przez Heat skończył się porażką Heat 136-100 z... Utah Jazz. Drużyna ta skupiała się wokół tria "Butler - Herro - Adebayo", a gdy nie ma Butlera, to jak dobrze by duo Herro - Adebayo nie grało, nie zabiorą Miami tam, gdzie przyzwyczajało nas powoli powyższe trio, czy przez jakiś czas duo Butler - Adebayo. 2 występy w finałach NBA, jeden występ w finale konferencji - i to za każdym razem jako underdog, którego na papierze nie powinno tam być. Bam Adebayo choć stary nie jest, to młodszy już nie będzie, i nie wiadomo czy w okresie w którym jeszcze gra rewelacyjnie przydarzy się taka drużyna Heat, z którą mógłby coś osiągnać - bowiem ci bez picków i bez Butlera musieliby liczyć na free agenta godnego zostania pierwszą opcją w nadchodzące dwa sezony. Wydaje się, że najrozsądniejszy będzie całkowity blow up gwiazd, póki coś jeszcze mogą za nich zdobyć, i próba przebudowy drużyny w stylu starym jak świat - tankowanie. Co zatem stoi na przeszkodzie? Ponownie - kontrakty. Bam Adebayo przed sezonem podpisał maksymalny kontrakt gwarantujący mu już teraz 34 miliony rocznie, rosnąc do opcji gracza za 56 milionów dolarów w jego piątym roku gry. Nie jest to ani troche tak tragiczna sytuacja jak z Jimmym Butlerem, jednak dalej nie jest to sytuacja prosta. Na Adebayo mogą znaleźć się chętni nabywcy, choć ekwiwalent kontraktowy + odpowiednia ilość wyborów w drafcie będzie ciężka do wynegocjowania jednocześnie.

Nie oszukujmy się - jest kiepsko, aby nie powiedzieć, że bardzo kiepsko. Jimmy Butler jest floor general'em - jego obecność sprawia, że zawodnicy wokół stają się lepsi nawet gdy Jimmy nie gra. Pierwszy mecz po jego zawieszeniu przez Heat skończył się porażką Heat 136-100 z... Utah Jazz. Drużyna ta skupiała się wokół tria "Butler - Herro - Adebayo", a gdy nie ma Butlera, to jak dobrze by duo Herro - Adebayo nie grało, nie zabiorą Miami tam, gdzie przyzwyczajało nas powoli powyższe trio, czy przez jakiś czas duo Butler - Adebayo. 2 występy w finałach NBA, jeden występ w finale konferencji - i to za każdym razem jako underdog, którego na papierze nie powinno tam być. Bam Adebayo choć stary nie jest, to młodszy już nie będzie, i nie wiadomo czy w okresie w którym jeszcze gra rewelacyjnie przydarzy się taka drużyna Heat, z którą mógłby coś osiągnać - bowiem ci bez picków i bez Butlera musieliby liczyć na free agenta godnego zostania pierwszą opcją w nadchodzące dwa sezony. Wydaje się, że najrozsądniejszy będzie całkowity blow up gwiazd, póki coś jeszcze mogą za nich zdobyć, i próba przebudowy drużyny w stylu starym jak świat - tankowanie. Co zatem stoi na przeszkodzie? Ponownie - kontrakty. Bam Adebayo przed sezonem podpisał maksymalny kontrakt gwarantujący mu już teraz 34 miliony rocznie, rosnąc do opcji gracza za 56 milionów dolarów w jego piątym roku gry. Nie jest to ani troche tak tragiczna sytuacja jak z Jimmym Butlerem, jednak dalej nie jest to sytuacja prosta. Na Adebayo mogą znaleźć się chętni nabywcy, choć ekwiwalent kontraktowy + odpowiednia ilość wyborów w drafcie będzie ciężka do wynegocjowania jednocześnie.

Heat w nadchodzących czterech draftach mają jedynie dwa pierwszorundowe wybory. Drużyna chcąca się przebudować tych picków musi mieć zdecydowanie więcej, aby fizycznie miała z czego budować. Mając na pokładzie dalej Adebayo i Herro nie są w stanie ich odpowiednio zutylizować, z czego ten pierwszy jest najprawdopodobniej w apogeum swojej wartości, zatem jeszcze jest szansa, że któraś drużyna odda swoje picki i ekwiwalent w kontraktach aby przygarnąć Adebayo, ale jest wysoka szansa że znowu przez to odpowiednio tych picków Heat nie zutylizują poprzez osiągnięcie za wysokich wyników z zawodnikami otrzymanymi za Adebayo. Znacznie łatwiejszy do handlu jest kontrakt Tylera Herro, którego jednak Heat wolałoby zostawić w drużynie jako tank commandera, bowiem jest młodszy i zaczyna dopiero nabierać większej wartości, i po potencjalnej przebudowie dalej mógłby być ważnym ogniwem drużyny. Sytuacja jest bowiem niejasna, bardzo trudna, a mierzyć się z nią musi... Pat Riley, który wiedząc w co się wkopuje idąc obecnie na "wojnę" z Butlerem, mimo wszystko postawił na swoim, i postawił się w patowej sytuacji, bowiem której drogi nie obejmie, toteż Heat muszą oczekiwać de facto cudu, aby ich drużyna mogła ponownie bić się o najwyższe cele. Miami Heat są bowiem w sytuacji ciężkiej, krytycznej, i choć w tym sezonie jeszcze może wślizgną się do playoffów, to raczej jest to początek końca Miami Heat które znamy, i początek rewolucji na Florydzie, która okupiona może zostać wieloma wymianami. Z całego kontekstu artykułu wynikać może, że to Pat Riley jest tu "antagonistą", ale niech nikogo to nie zmyli, bowiem zwyczajnie nie wiemy kto nim jest. Nie wiemy co się stało, jednak wiemy, że przysłowiowa kosa trafiła na przysłowiowy kamień, i najprawdopodobniej obydwaj panowie nie są tu bez winy, oraz obydwaj panowie za cenę walki o własne ego mają przed sobą cięższy czas, choć zdecydowanie gorszy okres będzie czekać generalnego menedżera Heat.

Heat w nadchodzących czterech draftach mają jedynie dwa pierwszorundowe wybory. Drużyna chcąca się przebudować tych picków musi mieć zdecydowanie więcej, aby fizycznie miała z czego budować. Mając na pokładzie dalej Adebayo i Herro nie są w stanie ich odpowiednio zutylizować, z czego ten pierwszy jest najprawdopodobniej w apogeum swojej wartości, zatem jeszcze jest szansa, że któraś drużyna odda swoje picki i ekwiwalent w kontraktach aby przygarnąć Adebayo, ale jest wysoka szansa że znowu przez to odpowiednio tych picków Heat nie zutylizują poprzez osiągnięcie za wysokich wyników z zawodnikami otrzymanymi za Adebayo. Znacznie łatwiejszy do handlu jest kontrakt Tylera Herro, którego jednak Heat wolałoby zostawić w drużynie jako tank commandera, bowiem jest młodszy i zaczyna dopiero nabierać większej wartości, i po potencjalnej przebudowie dalej mógłby być ważnym ogniwem drużyny. Sytuacja jest bowiem niejasna, bardzo trudna, a mierzyć się z nią musi... Pat Riley, który wiedząc w co się wkopuje idąc obecnie na "wojnę" z Butlerem, mimo wszystko postawił na swoim, i postawił się w patowej sytuacji, bowiem której drogi nie obejmie, toteż Heat muszą oczekiwać de facto cudu, aby ich drużyna mogła ponownie bić się o najwyższe cele. Miami Heat są bowiem w sytuacji ciężkiej, krytycznej, i choć w tym sezonie jeszcze może wślizgną się do playoffów, to raczej jest to początek końca Miami Heat które znamy, i początek rewolucji na Florydzie, która okupiona może zostać wieloma wymianami.

Z całego kontekstu artykułu wynikać może, że to Pat Riley jest tu "antagonistą", ale niech nikogo to nie zmyli, bowiem zwyczajnie nie wiemy kto nim jest. Nie wiemy co się stało, jednak wiemy, że przysłowiowa kosa trafiła na przysłowiowy kamień, i najprawdopodobniej obydwaj panowie nie są tu bez winy, oraz obydwaj panowie za cenę walki o własne ego mają przed sobą cięższy czas, choć zdecydowanie gorszy okres będzie czekać generalnego menedżera Heat.