RZUTZA3.PL PLKDERBY-PELNE-SPRZECZNOSCI-ANWIL-WYGRYWA-DWIE-TWARZE-ROTTWEILEROW-WRACAJA

Derby pełne sprzeczności - Anwil wygrywa, dwie twarze Rottweilerów wracają

16/11/2025 14:52
fot. Agnieszka Kornacka / rzutza3 / AKfotografia

Te derby można opisać jednym zdaniem: dwa różne mecze w jednym. Serio, gdyby ktoś odpalił transmisję tylko w trzeciej kwarcie, to pomyślałby, że Anwil przyjechał do Torunia jak po swoje. A przecież pierwsza połowa to była dokładnie ta wersja Anwilu, o której kibice próbują zapomnieć. 101-95 brzmi dobrze, wynik wygląda dobrze, ale gra? Gra odsłoniła absolutnie wszystko: dobre rzeczy, złe rzeczy i te, o których mówimy od początku sezonu. Torunianie? Najpierw kompletny luz, pełna kontrola, a potem… oddali mecz jak przysłowiowy prezent.

Anwil Włocławek - obrona jak hologram, chaos aż za bardzo realny

Pierwsza połowa derbów była dokładnie tym, czego kibice Anwilu bali się najbardziej; mało obrony i jeszcze mniej kontroli nad tempem spotkania. Torunianie wyglądali, jakby grali na swoich zasadach, a włocławianie przez długie fragmenty nie potrafili ich zatrzymać. Najbardziej bolało to, co działo się pod koszem. Langović robił przewagi niemal w każdej akcji bez większego oporu. Anwil był spóźniony, zbyt łatwo dawał się spychać z pozycji. Statystyki po pierwszej kwarcie potwierdzały obraz gry w zbiórkach: 12-5 dla gospodarzy.

Do tego dochodziły te momenty, które kibic rozpoznaje od razu czyste pozycje dla rywala, brak komunikacji w obronie i takie krótkie przestoje, gdzie włocławianie wyglądali, jakby „wyłączyli się” na kilka akcji z rzędu. I tak 51 straconych punktów do przerwy to nie jest dramat sezonu, ale jak na derby, to po prostu za dużo. Anwil nie powinien pozwalać rywalowi rzucać 51 punktów w pół meczu, jeśli chce mieć kontrolę. A gdy w obronie jest bałagan, to w ataku też pojawia się nerwowość. Było widać za dużo indywidualnych prób, za mało cierpliwego budowania akcji i za mało momentów, w których ktoś „ustawi” drużynę.

Zwrot akcji - zupełnie inny Anwil, tylko dlaczego dopiero po przerwie?

I teraz przechodzimy do najlepszej, ale jednocześnie najbardziej irytującej części tego meczu. Bo Anwil po przerwie to była DRUGA drużyna. Nie trochę lepsza, nie odrobinę pewniejsza to była totalna zmiana energii. W trzeciej kwarcie pojawiło się wszystko, czego brakowało wcześniej: reakcja, agresja, konsekwencja. Zaczęli w końcu bronić choć nadal nieidealnie to przynajmniej zaczęli. W ataku w końcu było widać sens, była współpraca. I ogromny plus: przebudzenie Kacpra Borowskiego. W pierwszej połowie trochę mijany, wolny, a po przerwie, jakby ktoś odpalił w nim tryb „wracam do gry”. Pewny, odważny, bez kompleksów. Michalak zrobił swoje, Mucius dołożył swoje, a Lockett po prostu wyszedł i zrobił dokładnie to, czego drużyna potrzebowała, ale pojawia się to samo pytanie, które wraca po każdym takim meczu: dlaczego ten zespół musi dostać po twarzy, żeby zacząć grać koszykówkę, którą potrafi grać?

Gospodarze - konsekwencja, pomysł i nagły zjazd

Torunianie zaczęli derby znacznie lepiej. W pierwszej połowie grali konsekwentnie, mądrze i zespołowo. Wykorzystywali totalną bezradność Anwilu pod koszem, gdzie Langović dominował bezlitośnie, robiąc wszystko, co chciał. Po pierwszej kwarcie Toruń prowadził w zbiórkach 12-5, a to mówi absolutnie wszystko o tym, jak wyglądała walka pod tablicami. Gospodarze dołożyli do tego trójki Kunca i ważną serię Lapornika, który wreszcie przypominał zawodnika z ambicjami, a nie tego z poprzednich tygodni. Zespół trenera Suboticia wyglądał na drużynę pewną siebie, poukładaną i lepiej czytającą sytuacje na parkiecie.

W drugiej połowie jednak nastąpił nagły zjazd. Koncentracja uciekła, agresja spadła, a skuteczność poszła w dół dokładnie wtedy, kiedy powinna pójść w górę. Zespół gospodarzy wyszedł na trzecią kwartę tak, jakby uważał, że mecz jest już wygrany, a takie myślenie w derbach jest zawsze śmiertelnym błędem. Mimo świetnych indywidualnych występów przede wszystkim fantastycznego Kunca, który grał bez żadnych kompleksów i zasłużenie wyszedł na pierwszy plan, gospodarze nie byli w stanie odpowiedzieć na run Anwilu. Torunianie byli spóźnieni w obronie, gubili własny rytm w ataku i tracili piłki w sytuacjach, w których wcześniej grali najmądrzej.

Aljaž Kunc - czyli pewność siebie i forma, która rośnie z meczu na mecz

W derbach z Anwilem Aljaz Kunc nie wystrzelił nagle on po prostu kontynuuje swoją koszykarską ofensywę, która trwa już od kilku spotkań. Trudno o lepszy sygnał, że wrócił na poziom, na jaki wszyscy w Toruniu liczyli. To zawodnik, który stracił dwa sezony przez kontuzje, długo dochodził do siebie i musiał budować formę krok po kroku, ale dzisiejszy Kunc wygląda tak, jakby wreszcie odzyskał pełnię pewności i swobody. I co najważniejsze: robi to regularnie, a nie jednorazowo. Ostatnio 28 punktów przeciwko Czarnym Słupsk, później 26 w starciu ze Stalą Ostrów, a teraz 27 zdobyte w derbach z Anwilem. To jest TREND. To jest forma, która rośnie z meczu na mecz. Po kontuzjach, po straconych sezonach wrócił i wygląda jak zawodnik, którego klub z Torunia miał nadzieję dostać od początku. Rzuca z pewnością, gra mądrze, nie podejmuje głupich decyzji wszystko wygląda u niego tak, jakby było poukładane od A do Z. To jest jego czas. I to widać gołym okiem. Klub z Torunia okazał mu cierpliwość, dał mu przestrzeń, a on odpłaca się dokładnie tym, czego szukają trenerzy. Dziś Kunc jest jednym z liderów tego zespołu.

O Laporniku słów kilka - sezon rozczarowań, jeden błysk i zaskakująco dobre derby

Nie będę owijał w bawełnę: Lapornik grał wcześniej fatalnie. Słabo w ataku, słabo w obronie, bez pewności siebie, bez energii. Kibice już po kilku kolejkach łapali się za głowę, bo wyglądał bardziej jak problem niż rozwiązanie. I nagle w derbach nadzwyczaj przyzwoity występ.

Mądre decyzje, skuteczność, brak gry na siłę, 11 punktów na luzie, wreszcie jakieś plusy. Czy to efekt dodatkowej motywacji po transferze Personsa? Czy może jeden wieczór, w którym nagle wszystko siadło? Zobaczymy, ale jeśli ma wrócić na właściwe tory, to właśnie od takich meczów można zacząć.

Były to derby pełne ataku, ale pytanie o obronę pozostaje otwarte

Był to mecz, który można streścić jednym zdaniem: pojedynek ataku, nie obrony. Oba zespoły często wyglądały tak, jakby grały na zasadzie „kto rzuci więcej”. Anwil ostatecznie wygrał 101-95, ale trudno traktować to zwycięstwo jako potwierdzenie formy. Druga połowa była świetna i dawała nadzieję, natomiast pierwsza była katastrofą, która nie ma prawa się powtarzać. Włocławianie po raz kolejny pokazali, że potrafią odmienić mecz w krótkim czasie, tylko że to nie jest plan na długofalowy sukces. Tylko trzeba to wreszcie połączyć w jedną całość, bo kibice mogą wiele wybaczyć, ale nie chaos, który wraca jak bumerang.