RZUTZA3.PL PLKDZIKI-CHAOS-CZYLI-CO-POSZLO-NIE-TAK-NA-KOLE-W-TEJ-KAMPANII
Dziki Chaos - czyli co poszło nie tak na Kole w tej kampanii?
29/05/2025 10:42
Niepokonani w sparingach, grający ciekawie, zdolni pokonać każdego, zgrani i wspierani przez unikalnych kibiców — tak opisywano warszawskie Dziki przed startem sezonu 2024/25 Orlen Basket Ligi. Do pewnego momentu te słowa znajdowały odzwierciedlenie na parkietach. Co jednak poszło nie tak, że na przełomie grudnia i stycznia gra stołecznej drużyny zaczęła być jałowa, przewidywalna i pozbawiona perspektyw?
Przede wszystkim – brak Nicka McGlynna i... brak zastępstwa
Oczywiście, w żadnym sporcie zespołowym jeden zawodnik nie wygra meczu w pojedynkę. Są jednak gracze, których obecność jest niezbędna do walki o najwyższe cele, a przy tym potrafią porwać publiczność i dać zespołowi energię. W przypadku Dzików i rozgrywek OBL takim zawodnikiem był bez wątpienia Nick McGlynn.Latem przedłużył on kontrakt w Warszawie, lecz w umowie zawarto klauzulę wykupu. Prezes Michał Szolc musiał więc liczyć się z możliwością jego odejścia w każdej chwili. Decyzja o jego zatrzymaniu wydawała się słuszna – McGlynn to gracz z europejskim doświadczeniem, dobrze znający realia polskiej ligi. Mimo młodego wieku (28 lat), był bardzo wszechstronny jak na środkowego mierzącego 205 cm. Już w okresie przygotowawczym imponował formą, co potwierdzał także w sezonie zasadniczym – notował średnio 14,4 punktu w 10 meczach. Tworzył zgrany duet z Rickey’em McGillem i wspólnie stanowili o sile warszawskiej ekipy.
W połowie grudnia McGlynn zdecydował się przyjąć ofertę greckiego Kolossos H Hotels Rodos i skorzystał z klauzuli wykupu. Zarówno władze klubu, jak i kibice zrozumieli jego decyzję – gra w lidze greckiej i zespole występującym w Lidze Mistrzów to jednak wyższy poziom niż OBL i ENBL. Pojawiło się jednak pytanie: kto przejmie jego rolę? Kto będzie zdobywał punkty, rozciągał obronę swoją wszechstronnością i skutecznie chronił obręcz? Niestety, John Fulkerson, który został sprowadzony w jego miejsce, okazał się zawodnikiem solidnym, ale zdecydowanie nie na poziomie poprzednika. Po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją Fulkerson wrócił do gry już w barwach Dzików. I choć nie można powiedzieć, że zawiódł całkowicie, to jednak brakowało mu agresji, twardości i wszechstronności, które wnosił McGlynn.
Nie każdy środkowy musi rzucać z dystansu czy dominować w grze tyłem do kosza, ale Fulkerson po prostu nie wnosił do zespołu "tego czegoś". Wymowne są statystyki – w 13 z 19 meczów, w których pojawił się na parkiecie, Dziki miały zerowy lub ujemny bilans punktów, gdy był na boisku.Po odejściu McGlynna wyraźnie pogorszyła się też forma Rickey’ego McGilla. Zawodnik ten zaczął popełniać liczne straty i nie dawał drużynie energii, z której słynął wcześniej. Jasne, że pewnych rzeczy — jak wykup kluczowego zawodnika — nie da się przewidzieć ani powstrzymać. Problemem okazał się jednak brak odpowiedniego zastępstwa. Na usprawiedliwienie prezesa Szolca można dodać, że rynek dostępnych zawodników w tamtym momencie był bardzo ograniczony. Sprowadzono więc gracza wracającego po kontuzji, z nadzieją, że odbuduje formę. To się jednak nie udało. W nadchodzącym sezonie klub powinien postawić na zawodnika o podobnym profilu do McGlynna i zadbać o większą stabilność na pozycji środkowego.
Polska rotacja czyli sentymenty na bok...
Polska rotacja czyli sentymenty na bok...
Wyłączając lubelski Start, właściwie każda drużyna grająca w tym sezonie w play-offach dysponuje bardzo dobrą polską rotacją i ma w składzie przynajmniej jednego reprezentanta Polski (może z wyjątkiem Twardych Pierników i Czarnych Słupsk). W przypadku stołecznych Dzików jedynym zawodnikiem powołanym na lutowe zgrupowanie przez selekcjonera Igora Milicicia był Mateusz Szlachetka. Trzeba przyznać, że krakowianin to solidna marka – potrafi przymierzyć z dystansu, rozdać kilka asyst, wjechać pod kosz czy poświęcić się w obronie. Jednak średnia nieco ponad trzech punktów na mecz w ostatnich pięciu spotkaniach – nawet biorąc pod uwagę ograniczony czas gry – to zdecydowanie za mało, by robić realną różnicę na poziomie play-offów.Poza Szlachetką w Dzikach po prostu brakuje polskich zawodników, którzy prezentowaliby poziom adekwatny do gry w decydującej fazie sezonu. Jarosław Mokros, choć zaangażowany i zdolny do dobrych występów, notuje średnio cztery punkty na mecz i znany jest z „krótkiego lontu” – co niekoniecznie sprzyja drużynie aspirującej do TOP 6 Orlen Basket Ligi. Piotr Pamuła, Mateusz Bartosz, Michał Aleksandrowicz, Maciej Bender oraz kapitan Grzegorz Grochowski to gracze doświadczeni, oddani i ciężko im odmówić profesjonalizmu, ale nie dają zespołowi regularnych, wyraźnych korzyści. Co kilka meczów pojawia się pozytywny impuls – zryw, dobra zmiana, ważna trójka – ale potem wraca przeciętność lub pojawia się uraz. W tej rotacji potrzebne są wzmocnienia. Oczywiście, zanim się to stanie, należy z szacunkiem podziękować wspomnianym zawodnikom za ogromny wkład w rozwój organizacji oraz – z wyjątkiem Bendera – za wprowadzenie Dzików do Orlen Basket Ligi. Zresztą, Piotr Pamuła już oficjalnie zakończył karierę sportową i dziś z powodzeniem realizuje się jako ekspert podczas transmisji meczów Euroligi.
Wyłączając lubelski Start, właściwie każda drużyna grająca w tym sezonie w play-offach dysponuje bardzo dobrą polską rotacją i ma w składzie przynajmniej jednego reprezentanta Polski (może z wyjątkiem Twardych Pierników i Czarnych Słupsk). W przypadku stołecznych Dzików jedynym zawodnikiem powołanym na lutowe zgrupowanie przez selekcjonera Igora Milicicia był Mateusz Szlachetka. Trzeba przyznać, że krakowianin to solidna marka – potrafi przymierzyć z dystansu, rozdać kilka asyst, wjechać pod kosz czy poświęcić się w obronie. Jednak średnia nieco ponad trzech punktów na mecz w ostatnich pięciu spotkaniach – nawet biorąc pod uwagę ograniczony czas gry – to zdecydowanie za mało, by robić realną różnicę na poziomie play-offów.
Poza Szlachetką w Dzikach po prostu brakuje polskich zawodników, którzy prezentowaliby poziom adekwatny do gry w decydującej fazie sezonu. Jarosław Mokros, choć zaangażowany i zdolny do dobrych występów, notuje średnio cztery punkty na mecz i znany jest z „krótkiego lontu” – co niekoniecznie sprzyja drużynie aspirującej do TOP 6 Orlen Basket Ligi. Piotr Pamuła, Mateusz Bartosz, Michał Aleksandrowicz, Maciej Bender oraz kapitan Grzegorz Grochowski to gracze doświadczeni, oddani i ciężko im odmówić profesjonalizmu, ale nie dają zespołowi regularnych, wyraźnych korzyści. Co kilka meczów pojawia się pozytywny impuls – zryw, dobra zmiana, ważna trójka – ale potem wraca przeciętność lub pojawia się uraz. W tej rotacji potrzebne są wzmocnienia. Oczywiście, zanim się to stanie, należy z szacunkiem podziękować wspomnianym zawodnikom za ogromny wkład w rozwój organizacji oraz – z wyjątkiem Bendera – za wprowadzenie Dzików do Orlen Basket Ligi. Zresztą, Piotr Pamuła już oficjalnie zakończył karierę sportową i dziś z powodzeniem realizuje się jako ekspert podczas transmisji meczów Euroligi.

Gra u siebieNie bez powodu tytuł artykułu brzmi: „Dziki Chaos – czyli co poszło nie tak na Kole w tej kampanii?” To właśnie na warszawskiej Woli „Wataha” przegrała 10 z 19 rozegranych meczów we wszystkich rozgrywkach, z czego w Orlen Basket Lidze bilans wyniósł 9 porażek na 15 spotkań. Ten sezon to kampania, w której zespół lepiej radził sobie na wyjazdach, ale jednak... zawodnicy trenują na tym parkiecie niemal codziennie, wspierają ich setki, a niekiedy nawet tysiące kibiców. Dlatego tylko sześć zwycięstw we własnej hali to wynik, który w sezonie 2025/26 musi ulec poprawie. Trudno wskazać jednoznaczną receptę, ale jedno jest pewne – trzeba to zmienić. Hala przy ul. Obozowej powinna stać się prawdziwą „dziką twierdzą”.Są też pozytywy, i to kilkaPierwszym pozytywem tego sezonu jest zdobyte doświadczenie oraz wywalczenie medalu w debiutanckim sezonie na arenie międzynarodowej. ENBL to co prawda rozgrywki o ograniczonym prestiżu, ale rywalizacja w środku tygodnia, mierzenie się z zespołami choćby z Bundesligi – to wszystko bezcenne lekcje, które z pewnością zaprocentują. Z dużym prawdopodobieństwem Dziki zagrają w lidze północnoeuropejskiej również w przyszłym sezonie. Kolejny pozytyw to nauka płynąca z licznych roszad kadrowych – management Dzików zyskał większą świadomość, jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych i jak budować bardziej odporną strukturę zespołu. Warto też wspomnieć o udziale w Pucharze Polski. Choć w Sosnowcu Dziki wyraźnie uległy Startowi Lublin, był to kolejny ważny etap rozwoju – cenna lekcja dla tego niezwykle perspektywicznego projektu. Teraz czas na odpoczynek, a potem intensywne przygotowania do sezonu 2025/26. Zespół ma wrócić wzmocniony, z wyciągniętymi wnioskami i konkretnym planem, by wreszcie powalczyć o coś więcej niż 10. miejsce na koniec sezonu. Cały proces poprowadzi już nowy szkoleniowiec – Włoch Marco Legovich, który zastąpi Krzysztofa Szablowskiego, prowadzącego Dziki nieprzerwanie przez ostatnie cztery lata.
Gra u siebie
Nie bez powodu tytuł artykułu brzmi: „Dziki Chaos – czyli co poszło nie tak na Kole w tej kampanii?” To właśnie na warszawskiej Woli „Wataha” przegrała 10 z 19 rozegranych meczów we wszystkich rozgrywkach, z czego w Orlen Basket Lidze bilans wyniósł 9 porażek na 15 spotkań. Ten sezon to kampania, w której zespół lepiej radził sobie na wyjazdach, ale jednak... zawodnicy trenują na tym parkiecie niemal codziennie, wspierają ich setki, a niekiedy nawet tysiące kibiców. Dlatego tylko sześć zwycięstw we własnej hali to wynik, który w sezonie 2025/26 musi ulec poprawie. Trudno wskazać jednoznaczną receptę, ale jedno jest pewne – trzeba to zmienić. Hala przy ul. Obozowej powinna stać się prawdziwą „dziką twierdzą”.
Są też pozytywy, i to kilka
Pierwszym pozytywem tego sezonu jest zdobyte doświadczenie oraz wywalczenie medalu w debiutanckim sezonie na arenie międzynarodowej. ENBL to co prawda rozgrywki o ograniczonym prestiżu, ale rywalizacja w środku tygodnia, mierzenie się z zespołami choćby z Bundesligi – to wszystko bezcenne lekcje, które z pewnością zaprocentują. Z dużym prawdopodobieństwem Dziki zagrają w lidze północnoeuropejskiej również w przyszłym sezonie. Kolejny pozytyw to nauka płynąca z licznych roszad kadrowych – management Dzików zyskał większą świadomość, jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych i jak budować bardziej odporną strukturę zespołu. Warto też wspomnieć o udziale w Pucharze Polski. Choć w Sosnowcu Dziki wyraźnie uległy Startowi Lublin, był to kolejny ważny etap rozwoju – cenna lekcja dla tego niezwykle perspektywicznego projektu. Teraz czas na odpoczynek, a potem intensywne przygotowania do sezonu 2025/26. Zespół ma wrócić wzmocniony, z wyciągniętymi wnioskami i konkretnym planem, by wreszcie powalczyć o coś więcej niż 10. miejsce na koniec sezonu. Cały proces poprowadzi już nowy szkoleniowiec – Włoch Marco Legovich, który zastąpi Krzysztofa Szablowskiego, prowadzącego Dziki nieprzerwanie przez ostatnie cztery lata.
