RZUTZA3.PL PLKHOUSTON-MAMY-PROBLEM-ANWIL-NA-KRAWEDZI-LEGIA-O-KROK-OD-FINALU
,,Houston mamy problem'' - Anwil na krawędzi, Legia o krok od finału
01/06/2025 15:44
Houston, mamy problem. Takie słowa mogły paść w szatni Anwilu Włocławek po dwóch pierwszych meczach półfinałowej serii z Legią Warszawa. Zespół, który wszedł do play-offów z pierwszego miejsca, miał wszystko, by dobrze rozpocząć tę rywalizację: przewaga parkietu, wsparcie kibiców i teoretycznie mocniejszy skład. A jednak... to Legia dwa razy zatriumfowała we Włocławku. Teraz to Legioniści prowadzą 2-0 i mają szansę zakończyć serię u siebie. Anwil, pozbawiony kontuzjowanego Kamila Łączyńskiego, znalazł się pod ścianą. W Warszawie musi walczyć o zachowanie wiary w marzenia o finale.
Głowa bez szyi
Ledwo mecz numer 1 się zaczął, a Anwil stracił... głowę. I to dosłownie. Już po dwóch minutach parkiet musiał opuścić Kamil Łączyński. Rozgrywający i lider mentalny zespołu doznał kontuzji. Choć pierwsza kwarta była chaotyczna z obu stron, a gra przypominała bardziej szarpaninę niż półfinał play-offów, to właśnie brak Kamila dało się odczuć z każdą kolejną minutą. Anwil próbował łapać rytm - Ryan Taylor miał swoje momenty, zespół z Włocławka zdołał nawet zbudować kilkupunktową przewagę w drugiej kwarcie. Jednak coś w tej układance już się nie zgadzało. Zabrakło stabilizacji, kontroli tempa, chłodnej głowy, którą Kamil Łączyński daje tej drużynie na co dzień. Kiedy gra zrobiła się twarda, a Legia zaczęła konsekwentnie punktować, nie było już komu poukładać gry. W końcówce do głosu doszedł Michał Kolenda, który trafił decydujący rzut a zimna krew McGusty’ego przez cały mecz zrobiła swoje. Legia ukradła mecz w samej końcówce, a Anwil został z pytaniami większymi niż tylko „jak to przegraliśmy?”
Głośno, efektownie, ale znowu bez happy endu
Drugi mecz półfinałowy to był prawdziwy rollercoaster - dla kibiców, dla zawodników, dla trenerów. Anwil wyszedł na parkiet jak z procy: szybko, agresywnie, z energią godną lidera sezonu zasadniczego. Po dwóch minutach było już 8-2, a Legia wyglądała jak zespół, który właśnie dostał obuchem w głowę. Przez chwilę wydawało się, że Anwil wraca na właściwe tory, a pierwsza porażka to był tylko wypadek przy pracy. Play-offy, jednak nie wybaczają chwil słabości. Choć Ryan Taylor i Nick Ongenda robili show, a zespół z Włocławka długo kontrolował przebieg spotkania, to znów zaczęły wychodzić braki zwłaszcza w organizacji gry. W kluczowych momentach brakowało spokoju, wyrachowania, kogoś, kto przejmie piłkę, ustawi akcję, przetrzyma trudny fragment. Zamiast zimnej kalkulacji w końcówce oglądaliśmy kolejną falę improwizacji, której Legia nie tylko się nie przestraszyła, ale zaczęła to wykorzystywać. Zespół trenera Rannuli znowu zachował więcej zimnej krwi. Andrzej Pluta trafił ważną trójkę na remis w końcówce trzeciej kwarty, a w czwartej jakby dobrze wiedzieli, kiedy uderzyć. I uderzyli. 89-83. Kolejny raz Legia była o te dwa kroki mądrzejsza, skuteczniejsza i bardziej poukładana.
Legia Rannuli – mistrzowie czekania
Statystyki nie kłamią: w dwóch pierwszych meczach półfinałowych Legia prowadziła na zegarze łącznie nieco ponad sześć minut. To nie żart. W pierwszym meczu – zaledwie 2 minuty i 2 sekundy. W drugim – dokładnie 3 minuty i 44 sekundy. A mimo to to właśnie Legia jedzie do Warszawy z prowadzeniem 2-0 i nożem w ręku, gotowa zakończyć tę serię. Na czym polega ich siła? Na zimnej krwi i doskonałym reagowaniu na wydarzenia na parkiecie. Zespół trenera Rannuli nie musi prowadzić przez cały mecz. On tylko czeka na moment. Wie, że Anwil może się spalić emocjonalnie. Wie, że bez Łączyńskiego ktoś w końcu podejmie złą decyzję. I wie, kiedy podkręcić tempo albo kiedy przycisnąć w obronie. Gdy Anwil się rozpędzał, Legia nie wpadła w panikę. Gdy traciła kontakt, nie przyspieszała na siłę. I właśnie dlatego, mimo że prawie nie prowadziła, wygrała oba mecze.
McGusty – MVP, który nie gra sam
Gdy przychodzą najważniejsze mecze sezonu, prawdziwi liderzy nie chowają się w cieniu. Kameron McGusty, MVP sezonu zasadniczego, doskonale wie, co to znaczy udźwignąć odpowiedzialność. 26 punktów w pierwszym meczu, 20 w drugim – i to nie tylko suche statystyki, ale przede wszystkim punkty zdobywane wtedy, kiedy Legia naprawdę ich potrzebowała. Gdy ofensywa stawała w miejscu, to McGusty brał sprawy w swoje ręce. Gdy trzeba było uspokoić grę – to on dawał sygnał, że pora działać. Natomiast nie działa sam.
Legia może nie grać efektownego basketu przez cztery kwarty. Czasem wygląda przeciętnie. Momentami chaotycznie. Ale potrafi zagrać na poziomie, który wystarcza dokładnie wtedy, kiedy trzeba. To drużyna, która nie musi błyszczeć, by wygrywać. I właśnie w tym systemie cicho, bez fajerwerków, ale bardzo solidnie swoją robotę robi Mate Vucić. Pod koszem walczy zarówno z DJ Funderburkiem, jak i Nickiem Ongendą. W pierwszym meczu – 10 zbiórek. W drugim – aż 15. Gość robi robotę, uprzykrza życie podkoszowym Anwilu. Może nie trafi na skróty highlightów, ale gdyby Rannula miał wskazać jednego „niewidzialnego bohatera” tej serii – to właśnie Vucić byłby na liście jako jeden z pierwszych. Mate Vucić stał się asem w rękawie trenera Rannuli. Legia ma gwiazdę, ma twardzieli od czarnej roboty i ma cierpliwość. Nie potrzebuje grać przez 40 minut idealnie. Wystarczy, że 5 minut zagra jak zespół z mistrzowskimi ambicjami. I na razie to wystarcza.

Taylor? Przemiana w odpowiednim momencie
Ryan Taylor w sezonie zasadniczym był solidnym ogniwem, ale trudno było mówić o nim jako o liderze ofensywy. Średnia ok. 8 punktów na mecz nie zwiastowała wielkiej eksplozji formy. Tymczasem w półfinałach obserwujemy zupełnie nowego Taylora - 17 punktów w pierwszym meczu, 14 w drugim i co ważniejsze: trafienia w momentach, gdy Anwil wpadał w przestoje. To właśnie Taylor, kiedy ofensywa się zatrzymuje, często bierze piłkę i daje impuls. Zawodnik, który wcześniej był tylko częścią układanki, teraz stał się jednym z filarów, na których Anwil próbuje budować swoją grę bez Kamila Łączyńskiego.
Martwiący atak Anwilu
Choć Anwil momentami potrafi zagrać efektownie, to całościowo ofensywa Rottweilerów wygląda na mocno poszarpaną i niespójną. Brakuje płynności, pomysłu i przede wszystkim – kreowania dogodnych pozycji. Najlepszym dowodem na to jest statystyka z drugiego meczu: zaledwie 11 asyst w całym spotkaniu. Jak na zespół z mistrzowskimi ambicjami, to liczba alarmująca. Gra wygląda na improwizowaną, często opartą na indywidualnych zrywach Taylora czy Funderburka. Brakuje dyrygenta, który poukładałby grę i nadał jej rytm. A bez tego – nawet dobre momenty gasną równie szybko, jak się pojawiają.

Jeszcze nie wszystko stracone?
Po dwóch meczach i stanie serii 2-0 dla Legii, Anwil wygląda jak drużyna pod ścianą. Warto, jednak pamiętać o jednym: w sezonie zasadniczym włocławianie mieli kapitalny bilans na wyjazdach – 14 zwycięstw i tylko jedna porażka. To nie jest przypadek, tylko dowód na to, że zespół Selcuka Ernaka potrafi grać z dala od Hali Mistrzów, bez presji własnego parkietu. W poniedziałek w Warszawie to właśnie ta umiejętność może zadecydować, czy Anwil przedłuży swój żywot w walce o finał, czy sezon zakończy się bolesnym rozczarowaniem.
Z drugiej strony – Legia jest na fali, prowadzi 2-0 i będzie miała szansę zamknąć serię u siebie, przed własnymi kibicami. Zespół trenera Rannuli udowodnił, że nie musi grać idealnie, by wygrywać. Wystarczy, że zagra mądrze a z tym nie ma problemu. Ten trzeci mecz może być zupełnie inną historią niż te we Włocławku. Bo choć Legia jest o krok od finału, Anwil wciąż oddycha. I nie raz już w tym sezonie pokazywał, że na wyjazdach potrafi być groźniejszy niż u siebie.