RZUTZA3.PL PLKJAK-W-ZLOTYM-2018-KAMIL-LACZYNSKI-W-TRYBIE-GENERALA-A-TORUN-CORAZ-BARDZIEJ-BEZRADNY
Jak w złotym 2018 Kamil Łączyński w trybie generała - a Toruń coraz bardziej bezradny
18/05/2025 11:13
W play-offach liczą się nie tylko nazwiska, ale przede wszystkim spokój, plan i ludzie, którzy wiedzą, co robią. Anwil Włocławek po dwóch meczach serii z Arrivą Polskim Cukrem Toruń prowadzi 2-0 i wygląda na drużynę, która nie tylko ma ambicje, ale i strukturę mistrza. Kamil Łączyński pokazuje flashbacki z sezonu 2017/2018 i znów prowadzi zespół jak generał. Z kolei Selcuk Ernak udowadnia, że tytuł najlepszego trenera Orlen Basket Ligi nie był przypadkiem. Torunianie? Mieli swój moment w pierwszej połowie pierwszego spotkania walczyli, ale z każdą minutą zaczęło brakować im tlenu.
Kamil Łączyński - gdzieś to już widziałem
Pamiętacie sezon mistrzowski Anwilu 2017/2018? Gdy Anwil Włocławek w finałowej serii z Ostrowem Wielkopolskim sięgnął po złoto, a jednym z kluczowych bohaterów był nie kto inny jak Kamil Łączyński? W tamtych właśnie finałach kapitan Anwilu Włocławek nie tylko perfekcyjnie zarządzał grą zespołu, ale też ku zaskoczeniu rywali zaczął regularnie trafiać z dystansu. To już nie był „tylko” mózg drużyny, był to lider z prawdziwego zdarzenia, który potrafił rozciągnąć grę i dorzucić trójkę w najważniejszym momencie. I właśnie takie flashbacki można mieć dzisiaj. Bo Kamil Łączyński w tegorocznych play-offach znów przypomina tamtego Kamila z mistrzowskiej drużyny. Doświadczony, spokojny i cholernie inteligentny w swoich decyzjach. W dwóch pierwszych meczach serii z Toruniem był absolutnie fenomenalny nie tylko statystycznie, ale przede wszystkim w tym, co najtrudniejsze do uchwycenia.
W meczu otwarcia play-off: 13 punktów, 8 zbiórek, 7 asyst, 2/2 za trzy. A w drugim spotkaniu? Jeszcze lepiej: 14 punktów, 4 zbiórki, 10 asyst, 4/5 zza łuku. Zimna głowa generała. To rozgrywający starego typu z intuicją, jakiej się nie uczy, tylko po prostu się ją ma. Potrafi wyczuć, gdzie jest przewaga, w którym momencie przyspieszyć, a kiedy zwolnić i „uśpić” rywala. Dziś znów mamy w Włocławku Kamila Łączyńskiego, który nie tylko rozgrywa, ale i prowadzi. To nie jest „miły dodatek” do Anwilu 2025. To żywa, grająca legenda klubu, która znów chce napisać piękną historię. I wygląda na to, że ma na to pełne prawo bo jego forma nie przypomina weterana u schyłku kariery. A skoro już wracają skojarzenia z sezonem 2017/2018… Skoro Kamil Łączyński znów trafia trójki jak w finałach z Ostrowem i znów prowadzi Anwil jak generał… to kto wie? Może w tym sezonie, Włocławek też będzie pachniał złotem?
Pierwsza połowa w wykonaniu Torunian w meczu nr 1 będzie jedyną najlepszą w tej serii?
W pierwszej połowie meczu otwierającego serię ćwierćfinałową w Hali Mistrzów zespół z Torunia zaskoczył wszystkich. Dynamiczna gra, agresywne wejścia pod kosz i przede wszystkim liderowanie Divine’a Mylesa (14 pkt w pierwszej połowie). To wszystko sprawiło, że Anwil wyglądał na zagubiony. Torunianie nie tylko dotrzymywali kroku liderowi, ale momentami narzucali swój rytm. Anwil miał ogromne problemy w obronie, grał chaotycznie, a jedynym liderem Anwilu był Michał Michalak (11 pkt). Na przerwę goście zeszli z prowadzeniem 35-34. Potem wszystko się zmieniło. W drugiej połowie trener Selcuk Ernak wypuścił na parkiet odmienioną drużynę. Gospodarze poprawili defensywę, podkręcili tempo i odzyskali przewagę w kilka minut. Torunianie jakby opadli z sił. Trzecia kwarta wygrana przez Anwil 27-16 ustawiła spotkanie, a druga połowa zakończyła się wynikiem 52-34 na korzyść gospodarzy. W końcowym rezultacie dało to 86-69. Zespół z Włocławka przede wszystkim poprawił grę w ataku oraz obronę a z tej obrony przyszły łatwe punkty, przechwyty i szybkie akcje ofensywne. Zmęczenie Torunian zaczęło być widoczne już w tym spotkaniu.
I kiedy myśleliśmy, że może Toruń jeszcze powalczy w drugim meczu, Anwil zagrał koncert.
Drugi mecz serii to zupełnie inna historia, a właściwie… brak historii. Bo tak jednostronnego widowiska nikt się nie spodziewał. Anwil wszedł w to spotkanie z niebywałą energią i agresją w obronie, ruch piłki, tempo gry i przede wszystkim skuteczność z dystansu, która wyglądała jak wyjęta z NBA (12/12 za trzy w pierwszej połowie!) – to wszystko sprawiło, że już po 10 minutach mecz mógł być praktycznie rozstrzygnięty. 32-12 po pierwszej kwarcie mówi wszystko. Luke Petrasek, Luke Nelson, Kamil Łączyński każdy dołożył swoje, ale to kolektywna, agresywna defensywa i tempo gry Anwilu zadecydowały o demolce. Toruń? Wyglądał na przybity, spóźniony i wyczerpany. Próbował reagować, ale nie miał już argumentów nie fizycznych, nie taktycznych, a już na pewno nie mentalnych. Trener Subotic prosił o przerwy, próbował rotacji, zmian, mobilizacji, ale nie było z czego wykrzesać więcej. Seria meczów "na przetrwanie" – dwa w play-in, potem dramatyczna pierwsza połowa meczu nr 1 zrobiły swoje. Organizm tej drużyny po prostu odmówił współpracy. Anwil natomiast grał jak z podręcznika pewnie, zespołowo, na dużym luzie, ale z pełną koncentracją.
No i właśnie widzimy teraz pełen obraz. Toruń rzucił wszystkie siły na pierwszą połowę pierwszego meczu i był to z ich strony prawdziwy zryw, próba złapania faworyta na niewłaściwej nodze. Natomiast od tamtego momentu obraz serii zmienił się diametralnie. Anwil nie tylko przetrwał ten zryw, ale z meczu na mecz wygląda coraz lepiej. Torunianom natomiast kończy się paliwo zarówno fizyczne jak i psychiczne. Czy ta pierwsza połowa pierwszego spotkania okaże się jedynym równym fragmentem tej serii w wykonaniu Twardych Pierników? Po dwóch spotkaniach wszystko na to wskazuje. Teraz przed nami trzeci mecz w Toruniu. Ale pytanie brzmi: czy Toruń jeszcze ma czym odpowiedzieć? Bo wygląda na to, że sił po prostu już nie ma.
Mądrość z ławki - Selcuk Ernak robi różnicę
Oglądając obecny zespół drużyny z Włocławka, kibic może czuć spokój. Nie chodzi tylko o wyniki, ale o sposób grania jest on poukładany, konsekwentny i zespołowy. To nie jest przypadek, że Selcuk Ernak został wybrany najlepszym trenerem sezonu zasadniczego Orlen Basket Ligi. Trener udowadnia w play-offach, dlaczego na tę nagrodę zasłużył. Reakcje w trakcie meczu, momenty, w których "przykręca śrubę" albo daje drużynie chwilę oddechu wszystko jest wyważone. Ale najważniejsze: Anwil gra jako zespół. Nie oglądamy teatru jednej osoby, która rozgrywa akcje przez 30 minut spotkania. Pod wodzą Selcuka Ernaka, mamy zespół, który rozkłada ciężar gry, reaguje elastycznie, nie potrzebuje jednego bohatera bo wszyscy są gotowi grać swoją rolę. Tu każdy wie, co ma robić. Jest struktura, jest flow, są czytelne schematy i to wszystko w naturalny sposób. Kiedy trzeba prowadzi Łączyński. Kiedy trzeba – odpala Michalak. Kiedy gra wymaga przyspieszenia, odpowiedzialność biorą inni. Nikt nie robi tego na siłę. To jest zespół, który wie, po co wychodzi na parkiet.
I właśnie w tym przejawia się wielkość trenera Ernaka potrafi nie tylko reagować na wydarzenia boiskowe, ale też wydobyć maksimum z każdego zawodnika, nie burząc zespołowej hierarchii. Zawodnicy wyglądają na skupionych i gotowych na każdy scenariusz. A przy tym wszystkim grają po prostu ładną, mądrą koszykówkę. Na koniec mały, zabawny smaczek. W drugim meczu, w ostatnich minutach, trójka Krzyśka Sulimy… który przez cały mecz nawet nie pojawił się na parkiecie (!) a wszedł tylko na chwilę, żeby dograć końcówkę to mówi więcej niż niejedna analiza. Z zimną krwią, bez wahania, za trzy na koniec spotkania. I to właśnie pokazuje, w jakim miejscu jest ten Anwil. Każdy zawodnik, nawet ten głęboko z rotacji, jest gotowy wejść i zrobić swoje.

Za co można pochwalić Toruń?
Choć dwa pierwsze mecze serii pokazały wyraźną przewagę Anwilu, nie sposób odmówić Torunianom kilku rzeczy, które zasługują na uznanie. Przede wszystkim charakter i odwaga. Zespół Srdana Suboticia wszedł w play-offy przez drzwi awaryjne, ale z podniesioną głową. Po dwóch ciężkich, wyczerpujących meczach w play-inach, nie przyjechali do Hali Mistrzów na wycieczkę. W pierwszym meczu pokazali, że potrafią się postawić liderowi tabeli. Przez całą pierwszą połowę byli równorzędnym rywalem dla Anwilu, grając szybko, agresywnie i z pełnym przekonaniem. Świetne wrażenie zostawił Divine Myles, który w meczu otwarcia był liderem z prawdziwego zdarzenia. Pokazał, że nie boi się dużej sceny. A zespół choć nieco krótszy kadrowo i grający na zmęczeniu podjął walkę na tyle, na ile pozwoliły siły. Torunianom trzeba też oddać jedno: nie szukali wymówek. Nie szarpali się z sędziami, nie tracili głowy, nie rozpadli się jako zespół. Po prostu trafili na rywala będącego aktualnie w znakomitej formie i lepiej przygotowanego fizycznie oraz taktycznie. Zrobili swoje w play-inach, zapewnili sobie miejsce w ósemce, a teraz mimo przeciwności walczą do końca. Taka postawa też zasługuje na szacunek.