RZUTZA3.PL PLKKOSZYKARSKA-ZADYMKA-2-DOGRYWKA-W-ZIELONEJ-GORZE-DOBRY-WYSTEP-PLUTY-I-DEMOLKA-WE-WLOCLAWKU

Koszykarska Zadymka #2: Dogrywka w Zielonej Górze, dobry występ Pluty i demolka we Włocławku

08/10/2025 06:04
fot. Andrzej Romański/plk.pl

Nowy sezon, stary głód emocji. Orlen Basket Liga wystartowała z pełnym hukiem od dogrywki w Zielonej Górze po demolkę we Włocławku i na Bemowie. Zastal zostawił serce, Legia przygniotła Start, Anwil rozszarpał GTK, a MKS, Trefl i Dziki pokazali, że do basketowej zimy jeszcze daleko. Siadaj i czytaj - podsumowanie kolejki w nowym rozrywkowym stylu.

Zastal Zielona Góra 79-86 Górnik Zamek Książ Wałbrzych

Dogrywka w Zielonej Górze - Górnik wjechał po swoje, Zastal zostawił serce

Nowy sezon, stare emocje. Pierwszy gwizdek Orlen Basket Ligi i od razu grzmoty. Górnik Zamek Książ Wałbrzych świeżo po bardzo udanym sezonie przyjechał do Zielonej Góry, gdzie Zastal chciał pokazać, że znowu wraca do gry. Wyszło tak, że obie drużyny przez 40 minut wyglądały jakby dopiero wróciły z obozu kondycyjnego.

Ten kto przyszedł zobaczyć efektowną ofensywę, ten mógł co najwyżej popatrzeć na... statystyki strat. Po 5 minutach było 5-2 dla Górnika, a kosze brzmiały jakby ktoś walił młotkiem w drzwi od garażu. Zastal ostatecznie prowadził po pierwszej kwarcie 17-15, głównie dlatego, że ktoś musiał. W drugiej kwarcie trochę światła dał Andrzej “Andy” Mazurczak - powrót po kontuzji, po prawie roku przerwy, i od razu wyglądał jakby żadnej przerwy w grze za sobą nie miał. Kontrolował tempo, trafiał, dawał energię. Dzięki niemu Zastal schodził na przerwę z przewagą 34-28, ale czuć było, że to dopiero rozgrzewka i dla graczy, i dla sędziów, i dla tablicy wyników.

Po zmianie stron Górnik odpalił jak wiertarka w kopalni. Cabbil i Jogela robili robotę w 4 minuty doprowadzili do remisu, a potem do prowadzenia 52-49. Zastal zaczął się gubić, brakowało rytmu, a frustracja rosła. Górnik? Coraz pewniejszy, coraz bardziej fizyczny. To była klasyczna wałbrzyska szkoła twardej gry. Kiedy już wydawało się, że Górnik ma ten mecz w kieszeni, Mazurczak znowu powiedział “hola hola”. Wymusił faule, trafił osobiste, podkręcił tempo, ale potem... mały dramat. Strata przy próbie kontrataku, potem pudło Smitha, potem kolejna strata i nagle wszystko sypało się jak domek z kart. Zastal cudem doprowadził do dogrywki po punktach Fayna (67-67), a hala CRS eksplodowała.

W dogrywce to już była wojna na zmęczeniu. Przez 3 minuty wymiana ciosów jak w boksie - Cabbil za trzy, Mazurczak za trzy, punkt za punkt, ale potem… Zastal faul za faulem. Sulima, Szumert, Fayne wszyscy zrobili out. Górnik miał świeższe nogi, więcej ludzi, więcej chłodnej krwi. Kiedy Jogela wsadził lay-upa na 86-78, było po wszystkim. Zastal zdołał dorzucić jeszcze tylko jeden punkt, a Górnik wygrał to spotkanie 86-79 po dogrywce. Wałbrzych znowu zostawił ślad tam, gdzie kiedyś to Zastal rozdawał lekcje.

Najlepsi z parkietu:

Andrzej Mazurczak (Zastal) - 26 pkt, 6 zb., 4 as., 3/4 za trzy

Lovell Cabbil (Górnik) - 23 pkt, 5 as

Taurus Jogela (Górnik) - 20 pkt

Mecz otwarcia i od razu dogrywka no bo czemu nie? Zastal grał jakby cegły jeszcze z zeszłego sezonu zalegały pod koszem, a Górnik? Kopał, wiercił i w końcu wykopał zwycięstwo. Mazurczak? Profesor, tylko szkoda, że nie dostał uczniów z indeksami. Fayne i spółka odjechali na faulach jak pociąg do Wałbrzycha. Sezon dopiero startuje, ale jeśli tak mają wyglądać otwarcia to my tu zostajemy z popcornem.

Legia Warszawa 90-68 PGE Start Lublin

Legia ogrywa Start - mistrzowie wracają z przytupem, Pluta jak profesor

Nowy sezon dopiero się rozkręca, a Legia Warszawa od razu przypomina, kto tu rozdaje karty. Na Bemowie zielono-biali nie zostawili złudzeń. PGE Start Lublin, świeżo po zdobyciu Superpucharu, został sprowadzony na ziemię. 40 minut gry? Nie trzeba. Wystarczyło 30, żeby Legia pokazała różnicę klas.

A zanim zaczęło się granie był gest. Obie drużyny, ramię w ramię, z transparentem „16 X 2025 - TAK dla hali na Skrze”. Bo stolica potrzebuje miejsca na wielką koszykówkę.

Wystarczyło kilka minut sekund, żeby było wiadomo, że Andrzej Pluta Jr. zostawił w EuroBaskecie tylko ślady butów - formy nie. Pewny, agresywny, zadziorny. Już w pierwszej kwarcie miał 9 punktów, a jego wejścia pod kosz robiły swoje. Legia biegała, Start gonił, ale to gospodarze kontrolowali rytm tego spotkania. Hawkins próbował ciągnąć Lublin, ale końcówka należała do Kolendy i Pluty. 26-19 dla Legii po pierwszej kwarcie.

W drugiej kwarcie zaczęło się od wsadu Michała Kolendy i... zgasło światło. Dosłownie. Przerwa trwała chwilę, ale po niej błyszczała już tylko Legia. Pluta rozdawał niczym DJ, a Graves kończył koncert. 30-19, a trener Kamiński zrezygnowany bierze czas. Krótka reakcja Lublina trójka Pelczara i nadzieja na moment, ale Heiko Rannula tylko skinął głową i jego drużyna odjechała. Graves, Hunter każdy coś dawał od siebie. Start wyglądał, jakby zapomniał, że to już sezon, a nie sparing. Do przerwy: 45-32 dla Legii, która miała grę w garści mimo tylko dwóch trafionych trójek. Kolenda 12, Pluta 11, pełna kontrola.

Start po przerwie chciał wrócić. Hawkins dwukrotnie popisał się wjazdem pod kosz, Mack dorzucił swoje, ale to było gaszenie pożaru benzyną. Legia podkręciła tempo a właściwie to Andrzej Pluta. Zmienił tryb na playmaker deluxe, rozdając asysty z chirurgiczną precyzją. Graves i Hunter punktowali, a trener Kamiński w końcu nie wytrzymał i otrzymał techniczny faul. Legia tymczasem bawiła się koszykówką. Twarda obrona, płynny atak, energia. Po trzeciej kwarcie 70-47, a publiczność na Bemowie mogła już tylko śpiewać „Hej Legia kosz”.

Rannula w ostatniej kwarcie zrobił to, co robią mistrzowie dał grać młodym. Czepla, Niedziałkowski, kilka minut, trochę doświadczenia. Start? Walczył z honorem, ale to już było granie „żeby się nie pogrążyć”. Trevian Tennyson dorzucił 7 punktów w ostatniej kwarcie, lecz Legia kontrolowała wszystko. Koniec końców gospodarze wygrali to spotkanie pewnie 88-65i pokazwali, że tytuł mistrza nie był przypadkiem. Start Lublin po superpucharze przyszła supertrzeźwiąca lekcja.

Najlepsi z parkietu:

Shane Hunter (Legia) -16 pkt, 10 zb.

Jayvon Graves (Legia) -16 pkt, 7 zb.

Michał Kolenda (Legia) - 14 pkt.

Andrzej Pluta Jr. (Legia) - 13 pkt.

Tevin Mack (Start) - 18 pkt, 5 as.

No i proszę bardzo Legia znowu robi porządek na własnym podwórku. Pluta rozdaje jakby miał joystick, Graves gra na wysokim poziomie, a Hunter to chodząca tablica wyników. A Start? No cóż... tydzień temu Superpuchar, dziś super zimny prysznic. Kolenda zgasił światła, Legia zgasiła Lublin. Wojtek Kamiński mógłby zamówić powtórkę tego meczu, ale raczej w wersji skróconej najlepiej do 20. minuty. Potem było już tylko: „Legia robi Legię”.

MKS Dąbrowa Górnicza 83-71 Energa Czarni Słupsk

MKS bez litości na otwarcie - Curry show i dominacja pod tablicami w Dąbrowie Górniczej

Nowy sezon, nowa energia i MKS Dąbrowa Górnicza, który postanowił zacząć rozgrywki z przytupem. W Hali Centrum gospodarze zagrali mecz kompletny agresywni, zorganizowani, skuteczni. Zespół Energii Czarnych Słupsk z kolei wyglądał, jakby dopiero szukał zapłonu. A że Ronald Curry Jr. wszedł w ten mecz jak na własne podwórko, to skończyło się 83-71 i pierwszym zwycięstwem w sezonie dla drużyny trenera Krzysztofa Szablowskiego.

Od pierwszych minut Adrian Bogucki dominował pod obręczą stawiał zasłony, zbierał, kończył akcje, ale prawdziwy ogień rozpalił Ronald Curry Jr. szybki, efektowny, z dystansu tak jak Curry z Oakland. Gdy trafił trójkę na 23-7, hala eksplodowała. Czarni byli kompletnie bezradni brak płynności, chaos w rozegraniu, dramat w skuteczności. Po 10 minutach tablica mówiła wszystko: 29-10 dla MKS-u. A w zbiórkach? 17-5. To była fizyczna demolka.

Czarni próbowali coś zbudować, ale brakowało im lidera. Nie było zawodnika, który krzyknie „idziemy po to!”. Tymczasem w Dąbrowie Curry cały czas czarował. Rzucał z czystych pozycji, bawił się z obroną, trafił 6/8 z gry. Goście minimalnie wygrali kwartę 16-14, ale przy 43-26 do przerwy trudno było mówić o jakimkolwiek powrocie. Czarni mieli dramatyczne 8/34 z gry (23%), a MKS kontrolował każdy fragment meczu.

Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Gospodarze konsekwentni, szybka, z polotem. Bogucki kończył kontry, Muhammad przejął inicjatywę w ofensywie, a Curry z dystansu przypominał, kto jest królem tego dnia. Trener Stelmahers brał czas, gestykulował, podnosił głos, ale to nie była kwestia planu, tylko energii. Jego drużyna wyglądała, jakby wciąż była w drodze do Dąbrowy. Po trójce Curry’ego na koniec kwarty mieliśmy 70-52 właściwie po meczu.

W ostatniej kwarcie była jeszcze próba małego buntu Dominik Wilczek trafił za trzy, Szymon Tomczak walczył jak lew pod tablicami, ale to było gaszenie pożaru wiadrem z dziurą. MKS trzymał nerwy na wodzy, kontrolował rytm i nie pozwolił Czarnym zbliżyć się bardziej niż na 10 punktów. Na koniec 83-71 i zasłużone brawa dla zespołu trenera Krzysztofa Szablowskiego. Kluczowa była pierwsza kwarta MKS ustawił sobie nią mecz, a potem po prostu doprowadził go do końca. Natomiast duże brawa dla Szymona Tomczaka, który przysłowiowo gryzł parkiet przez całe spotkanie, dobrze rollował i wywalczał sobie pozycje w ofensywie.

Najlepsi z parkietu:

Ronald Curry Jr. (MKS) - 23 pkt, 4 zb., 2 as.

Luther Muhammad (MKS) - 17 pkt, 3 zb., 5 as.

Adrian Bogucki (MKS) - 11 pkt, 8 zb.

Szymon Tomczak (Czarni) - 14 pkt, 6 zb.

Aigars Šķēle (Czarni) - 13 pkt, 3 as.

Dominik Wilczek (Czarni) - 12 pkt, 5 zb.

Dąbrowa niczym jak walec, Czarni jak rower bez łańcucha. Bogucki robił porządek w trumnie, Curry trafiał z dystansu, a Stelmahers? Mógłby równie dobrze wyjąć tablicę z napisem „panowie, wracamy do hotelu”. Jak MKS będzie grał tak u siebie przez cały sezon, to w tej hali nadal będzie gorąco. A Słupsk? 8/34 w pierwszej połowie to nie koszykówka, to trauma. Ronald Curry Jr. grał, jakby miał na imię… no wiecie.

Energa Trefl Sopot 93-81 WKS Śląsk Wrocław

Trefl lepszy o krok, o pomysł i o zimną głowę - Śląsk bez błysku w sopockim hicie

To miał być mecz pełen iskier, ale gospodarze zamiast fajerwerków postawili na twardy basket i kontrolę. Trefl był dojrzalszy, pewniejszy w decyzjach i bardziej poukładany. Śląsk? Dopiero szuka swojego rytmu. 93-81 dla Trefla, a zespół trenera Mikko Larkasa może spokojnie powiedzieć - zrobiliśmy swoje.

Pierwsze minuty? Bez szaleństw, ale z przewagą gospodarzy. Trefl od początku wyglądał na drużynę, która wie, co chce grać szybkie przejścia, ruch piłki, celne trójki. Scruggs w trybie „wszedłem jak do siebie” 9 punktów w 10 minut i pełna kontrola. Śląsk za to trochę wolny, zaspany, gubiący krycie i dający Sopocianom zbyt wiele miejsca. W efekcie po pierwszej kwarcie 26-18 i lekki niedosyt… bo Trefl mógł prowadzić nawet wyżej.

W drugiej kwarcie gospodarze dalej swoje spokojny, zespołowy basket. Jakub Schenk trafił z dystansu na 35-25, a trener Ainars Bagatskis musiał brać przerwę. Śląsk próbował coś zrobić, ale brakowało płynności i automatyzmów wyglądało to tak, jakby każdy grał w innej orkiestrze. Sopocianie bronili mocno i z pomysłem, wymuszali błędy. W końcówce pierwszej połowy Śląsk złapał trochę rytmu, Kirkwood i Nizioł dali impuls i na przerwę schodzili przy stanie 46-42. Trefl - siedem trójek, Śląsk - trzy. Różnica? Koszykarska świadomość.

Po przerwie koszykarskie szachy, ale z przewagą Trefla. Duet Suurorg - Cowels rozruszał ofensywę gospodarzy, dorzucając po kilka celnych trafień. Śląsk miał przebłyski, głównie dzięki Kirkwoodowi i Niziołowi, ale defensywa wciąż była dziurawa. Wrocławianie przegrywali pierwszy kontakt, nie trzymali krycia, a Trefl punktował z chirurgiczną precyzją. Przed czwartą kwartą 74-65 dla Trefla i choć wynik nie zabijał emocji, to gra wyglądała cały czas na jednostronną.

W końcówce Błażej Kulikowski trafił za trzy zrobiło się tylko 89-85 i w ERGO Arenie przez chwilę zapachniało emocjami, ale Trefl nie drgnął.

Witliński dorzucił punkty spod kosza, dołożył wolnego, i Trefl domknął mecz tak, jak robią to drużyny z doświadczeniem. Śląsk walczył, ale 18 strat i tylko 8 punktów Kadre Graya zrobiły swoje. Lider zagrał tego dnia słabszy mecz i nie pociągnął zespołu, a reszta wyglądała na gasnącą w końcówce. Trefl wygrał to spotkanie i kontrolował je od początku do końca. Nie był to popis fajerwerków raczej przykład zimnej, skutecznej roboty.

Najlepsi z parkietu:

Jakub Schenk (Trefl) - 17 pkt, 6 as.

Mikołaj Witliński (Trefl) - 14 pkt, 7 zb.

Noah Kirkwood (Śląsk) - 18 pkt, 5 as.

Sopot? Po profesorsku. Grali jak z nut, bez chaosu, bez wymówek. Schenk znowu jak generał, Witliński idealny w tym spotkaniu niezwykle skuteczny. Śląsk? Jakby wciąż był w trakcie przygotowań do sezonu. Gray zgaszony, Bagatskis zły, a obrona… no, jak ser szwajcarski. Trefl zrobił swoje bez nerwów. A Śląsk? Jeszcze nie wie, kim jest, ale wie, że na Pomorzu łatwo punktów się nie bierze.

Miasto Szkła Krosno 80-95 Dziki Warszawa

Dziki przyjechały, zobaczyły i… zwyciężyły! Krosno bez argumentów na otwarcie

Miasto Szkła wróciło do elity po latach przerwy, kibice stawili się na halę, atmosfera była świąteczna… ale Dziki przyjechały bez prezentów. Zagrały dojrzale, twardo i z chłodną precyzją jak drużyna, która w Orlen Basket Lidze już wszystko widziała. 95-80 dla Dzików, a warszawski duet Horton - Chavez wyglądał jak z koszykarskiego katalogu.

Początek bez wahania Dziki spokojnie, konsekwentnie i z planem. Chavez trafia zza łuku, Horton szuka punktów, a gospodarze… wyglądają na zaskoczonych intensywnością gry gości. Przy stanie 18-7 trener Edmunds Valeiko bierze czas, próbując zatrzymać warszawski rozpęd. Miasto Szkła jednak reaguje kilka udanych akcji Hopkinsa i Bocklera pozwala zmniejszyć straty. Po pierwszej kwarcie 23-18 dla Dzików, ale to tylko cisza przed uderzeniem.

Dziki odpalają dystans Horton, Kaminski, Chavez… trójka za trójką. Tablica pokazywała już 46-28, a publiczność w Krośnie łapała się za głowę. Gospodarze mają problem z rytmem, strat więcej niż udanych akcji (aż 11 strat w 20 minut!). Z kolei Dziki grają jak po sznurku dobra selekcja rzutowa, twarda obrona, szybki powrót. Chavez i Horton w trybie turbo, a zespół z Krosna wyglądał jak drużyna, która dopiero uczy się życia w ekstraklasie. Do przerwy 48-38 Dziki w pełni kontrolowali to spotkanie.

Po przerwie warszawski walec wjechał na pełnych obrotach. Frąckiewicz harował pod tablicami, Horton dalej mierzył z dystansu, a gospodarze… bez żadnej odpowiedzi. Defensywa Dzików trzymała twardo, ofensywa działała automatycznie jak dobrze naoliwiona maszyna. Efekt? 73-52 przed ostatnią kwartą i mecz praktycznie rozstrzygnięty.

W końcówce gospodarze próbowali jeszcze zmazać złe wrażenie Hopkins i Bockler walczyli od początku spotkania do końca, a Hubert Łałak pokazał się w tym spotkaniu się z bardzo dobrej strony, zdobywając 16 punktów bez strachu przed ligowymi wyjadaczami, ale to Dziki tego dnia były lepsze grali dojrzale i ostatecznie wygrali to spotkanie 95-80.

Najlepsi z parkietu:

Landrius Horton (Dziki) - 18 pkt, 5 zb., 4 as.

Tahlik Chavez (Dziki) - 17 pkt, 3 zb.

Javontae Hopkins (Krosno) - 16 pkt, 5 zb.

Hubert Łałak (Krosno) - 16 pkt.

Leemet Bockler (Krosno) - 15 pkt, 6 zb., 5 as.

No i powitaliśmy z powrotem, Krosno. Kibice, doping, przygotowania… a potem Dziki przyjechały, włączyły tryb rzeźni i po zawodach. Horton i Chavez grali jakby przyszli po wypłatę już w pierwszej połowie. Gospodarze? Szacunek za serducho, ale 11 strat w 20 minut to nie NBA, to sabotaż. Łałak - młody, bez kompleksów, naprawdę na plus. Dziki? Spokojnie, konsekwentnie, jakby to był środek sezonu.

Słowem: beniaminek dostał lekcję, a Warszawa wyszła z hali czysta, nawet nie zdyszana.

AMW Arka Gdynia 90-83 Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski

Polska moc w Gdyni - Arka odpaliła trójki i zatrzymała Stal po gorącej końcówce

Od początku mecz toczył się w rytmie run’n’gun. Oba zespoły skupione na ataku, mniej na obronie. W ekipie Arki każdy, kto wchodził z ławki, coś dorzucał. W Stali jednak błyszczał Trenton Gibson aktywny, pewny siebie, ciągnął ofensywę gości, swoje też robił Daniel Gołębiowski. Po pierwszej kwarcie: 23-21 dla Stali minimalna przewaga, ale już czuć było, że ten mecz będzie meczem rzucających.

Gdynianie w drugiej kwarcie wrzucili wyższy bieg. Courtney Ramey przejął prowadzenie, Jakub Garbacz dorzucał swoje zza łuku, a publiczność w Gdyni miała co oklaskiwać. Arka trafiała trójki, grała z polotem, a defensywa wymuszała straty u gości. Stal zaczęła wyglądać na zagubioną, brakowało pomysłu na rozegranie. Do przerwy: 47-38 dla Arki zasłużone prowadzenie.

Po przerwie mecz nadal ofensywny, tempo nie spadało. Jarosław Zyskowski punktował regularnie, Kamil Łączyński trzymał rytm drużyny i rozdzielał piłki z chirurgiczną precyzją. Stal próbowała wrócić Gibson i Laster Jr szukali swoich momentów na przysłowiowe ,,odbicie meczu'', ale Arka miała odpowiedź na każdy atak.

Na dwie minuty przed końcem zrobiło się gorąco. Daniel Ray Laster Jr trafił trójkę i nagle tylko 83-80. Publiczność w Gdyni wstrzymała oddech, ale wtedy pojawił się znowu on Courtney Ramey dorzucił trójkę z zimną krwią, jakby to był rzut treningowy i Arka utrzymała prowadzenie ostatecznie wygrywając 90-83. Stal walczyła, ale zabrakło jej mocy, by przebić się przez polski trzon Arki.

Najlepsi z parkietu:

Jarosław Zyskowski (Arka) - 17 pkt.

Courtney Ramey (Arka) - 14 pkt, 6zb, 10 as.

Jakub Garbacz (Arka) - 14 pkt, 7 zb.

Kamil Łączyński (Arka) - 11 pkt, 8 as.

Daniel Ray Laster Jr (Stal) - 19 pkt.

Trenton Gibson (Stal) - 17 pkt, 9 zb, 5 as.

Po tym spotkaniu można powiedzieć - polska husaria w Gdyni! Zyskowski, Garbacz i Łączyński jak stare dobre trio, Ramey z zamknięciem na zimno i było po temacie. Stal próbowała z amerykańskim ogniem, ale wpadła w gdynki beton twardy, zespołowy, z charakterem. Jeśli Arka tak będzie grać dalej, to trener Mantas Cesnauskis możę być spokojny - w Gdyni znowu pachnie basketem z ambicją.

Arriva Lotto Twarde Pierniki Toruń 68-77 King Szczecin

Roberts show w Toruniu - King Szczecin zgarnia pierwszy skalp Twarde Pierniki bez iskry

Spotkanie ruszyło w dosyć wolnym tempie. Żadnych fajerwerków, żadnych szalonych akcji raczej koszykarska rozgrzewka. Gośćie z nowym otwarciem, a Aleksandar Langović od razu dał znak, że chce być ważną postacią w tym sezonie - trafił pierwszą trójkę meczu i skończył kwartę z 8 punktami. King natomiast grał równo, każdy dołożył cegiełkę, a Ondrej Husták solidnie pracował w ofensywie. Po pierwszych 10 minutach: 18-14 dla Kinga, ale pachniało tym, że ktoś za chwilę odjedzie.

I tak właśnie się stało. Anthony Roberts odpalił jak z procy energia, zbiórki, punkty, agresja. W samej drugiej kwarcie zdobył 12 punktów i 5 zbiórek, siejąc zamieszanie pod koszem Twardych Pierników. King grał twardo, z dyscypliną i pressingiem, który całkowicie wybił gospodarzy z rytmu. Gospodarze z kolei stanęli brak pomysłu, dużo chaosu i… Miha Lapornik z gry tragedia. Do przerwy 41-26 dla Kinga i ciężko było znaleźć pozytyw w ekipie Suboticia.

W zespole Twardych Pierników wciąż brakowało im kogoś, kto weźmie grę na siebie głównie przez to, że Langović nieco zgasł. King nie grał już tak efektownie, ale kontrolował wynik. Roberts dalej dominował w pomalowanym, a do highlightów dorzucił się Egner efektownym alley-oopem. Przed ostatnią kwartą: 58-41 dla Kinga - pewnie i z chłodną głową.

Na chwilę w końcówce zrobiło się gorąco. Po kilku dobrych akcjach Torunian różnica stopniała do 67-62 i kibice uwierzyli, że może jeszcze coś z tego będzie, ale to był tylko zryw. Kłopoty gospodarzy z faulami odebrały im agresję w obronie, a King doświadczony i spokojny po prostu dociągnął wynik.

Najlepsi z parkietu:

Anthony Roberts (King) - 24 pkt, 10 zb.

Noah Thomasson (Twarde Pierniki) - 16 pkt, 3 as.

King przyjechał, zrobił porządek i pojechał. Roberts wyglądał jakby grał w trybie MyCareer na łatwym poziomie, a Toruń? Jakby dopiero szukał pilota do telewizora. Lapornik? 3/11 z gry i zero ognia, Langović zgasł po pierwszej kwarcie, a Subotić musiał mieć małe déjà vu z poprzedniego sezonu. King był spokojny i dojrzały. Toruń natomiast trochę za dużo gadania, mało grania. Trzeba szybko znaleźć lidera, bo na razie... króluje tylko Roberts i to ten ze Szczecina.

Anwil Włocławek 93-58 Tauron GTK Gliwice

Rottweilery się rozszczekały - Anwil demoluje GTK na dzień dobry sezonu

Debiut trenera Grzegorza Kożana w roli pierwszego trenera w Orlen Basket Lidze, nowe twarze, ale ten sam włocławski głód zwycięstw. Anwil na początku wyglądał jakby dopiero wyciągnięto go z siłowni sztywno, wolno, bez błysku. Ale gdy tylko Elvar Fridriksson i jego ekipa złapała rytm, zaczęło się granie takie, jakie kibice w Hali Mistrzów lubią najbardziej. Rottweilery odpaliły po pierwszej kwarcie i zamieniły mecz w jednostronny pokaz siły. GTK? Po dobrym starcie zostało zjedzone przez presję i defensywę Anwilu.

Początek był niemrawy Anwil bez energii, a GTK bez kompleksów. Jaiden Delaire nie miał respektu dla faworyta, rzucił 11 punktów w pierwszej kwarcie i trzymał gliwiczan w grze. Po drugiej stronie? Elvar Fridriksson był dosłownie wszędzie: kreował, biegał, rzucał. 10 punktów w pierwszej odsłonie, a przy tym porządek w rozegraniu. Po 10 minutach 22-21 dla Anwilu, ale bez fajerwerków. Grzegorz Kożan miał minę, jakby ktoś mu powiedział, że kawa się skończyła.

I nagle… coś drgnęło. Od początku drugiej kwarty Anwil zaczął grać jak drużyna z ambicjami. Agresywnie, konsekwentnie i z planem. GTK? Zatrzymało się na stacji „brak punktów” na 7 minut i 15 sekund. Presja Anwilu robiła swoje straty, złe decyzje, chaos. 46-31 do przerwy i pełna kontrola. Fridriksson już wtedy miał 13 punktów, a Mucius i Vucić dokładali swoje cegiełki. W obronie beton. W ataku luz i pomysł.

Trener Kożan otworzył kwadrans po przerwie grą na Mate Vucicia i Chorwat się odwdzięczył. Później Anwil po prostu odpalił.

54-35, 61-35, 68-41 to nie wynik z kultowej serii gier NBA 2K, to prawdziwy obraz dominacji. GTK było kompletnie rozsypane. Zero reakcji, zero planu, zero pomysłu. W obronie dziury jak w serze, w ataku tylko błagania o czas trenera Balibrei. Włocławek bawił się koszykówką, a kibice mieli swoje ,,święto''.

Trener Kożan w ostatniej kwarcie dał pograć młodzieży Bartosz Łazarski zebrał swoje pierwsze minuty w sezonie. GTK próbowało coś sklecić, ale to było już dawno rozstrzygnięte. Rottweilery gryzły do końca w drugiej, trzeciej i czwartej kwarcie wygrały łącznie 71-37. I to wszystko bez seryjnych trójek czysta fizyczność i organizacja gry w ataku. Ławka Anwilu dołożyła 40 punktów (dla porównania GTK tylko 16).

Najlepsi z parkietu:

Elvar Fridriksson (Anwil) - 16 pkt, 4 zb., 6 as.

Isaiah Mucius (Anwil) - 14 pkt, 7 zb.

Mate Vucić (Anwil) - 11 pkt, 6 zb.

Jaiden Delaire (GTK) - 17 pkt, 3 zb.

Anwil zaczął to spotkanie jakby dopiero co skończył trening cardio, ale jak tylko Fridriksson i jego ekipa złapała rytm GTK mogło wyciągać mapę, żeby znaleźć drogę do swojego kosza. Goście w drugiej kwarcie? Cisza jak w bibliotece. A Włocławek? Znowu pachnie halą, potem i dominacją. Jak ktoś pyta, czy Anwil ma głód to dziś odpowiedzieli: mamy i zjedliśmy całe GTK.