RZUTZA3.PL PLKKOSZYKARSKA-ZADYMKA-3-EKSTAZA-W-WALBRZYCHU-BURZA-WE-WLOCLAWKU-I-KONCERT-W-SLUPSKU
Koszykarska Zadymka #3 - Ekstaza w Wałbrzychu, burza we Włocławku i koncert w Słupsku
15/10/2025 20:23
Orlen Basket Liga znów w ogniu, za nami kolejka, w której działo się absolutnie wszystko: od dominacji MKS-u Dąbrowa Górnicza w Ostrowie, przez koncert Arki w Hali Mistrzów, po dramatyczne derby Dolnego Śląska zakończone rzutem na zwycięstwo. Czarni Słupsk rozbili zespół ze Szczecina, Legia zagrała mecz bez historii w Toruniu, a w Krośnie o zwycięstwie decydował jeden rzut wolny. Jedni wznoszą się na fali formy, inni szukają sensu po porażkach a liga po raz kolejny udowadnia, że w polskiej koszykówce nie ma nic pewnego.
Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski 77-91 MKS Dąbrowa Górnicza
Szable trenera Szablowskiego kontynuują dobry początek sezonu - MKS ogrywa Stal
W Ostrowie Wielkopolskim nadal za dobrze się nie dzieje. Jak poinformował jeszcze przed tym spotkaniem Michał Tomasik z portalu superbasket.pl w Ostrowie właśnie została ogłoszona licytacja najważniejszych trofeów Stali, która zaplanowana jest na 27 listopada. Oficjele klubu jednak zaprzeczają, że do niej nie dojdzie. Jaki będzie finał? Tego jeszcze nie wiemy, na pewno w Ostrowie jest gorąco nie tylko pod względem sportowym, ale i także pod względem organizacyjnym, ale my zajmiemy się teraz częścią sportową.
Mimo tych wszystkich zawirowań organizacyjnych jakie działy się tego lata w Ostrowie. Kibice wiernie stawili się w hali w Ostrowie Wielkopolski na to spotkanie w dosyć dużej liczbie. Kompletu może i nie było, ale była wiara. Zanim rozpoczęło się granie, kibice przygotowali oprawę z hasłem: „Nie jeden, nie raz nasz klub próbował zniszczyć nie jeden raz powstaliśmy ze zgliszczy”. Mocne i wymowne.
Adrian Bogucki rewelacyjnie wszedł w to spotkanie. Jeśli ktoś miał wrażenie, że Adrian przestraszy się ostrowskiej publiczności to się mylił. Nie dość, że dobrze sobie radził pod koszem na początku spotkania, zbierał, rzucał swoje haki to jeszcze dorzucił celny rzut za trzy punkty. W pierwszej kwarcie Adrian zrobił to co powinien robić w każdym spotkaniu. W Stali oprócz Luki Sakoty w pierwszej kwarcie nikt nie błysnął. Zespół trenera Krzysztofa Szablowskiego w pierwszej połowie był praktycznie bezbłędny. Zarówno ofensywa jak i defensywa działała, zespół Stali wyglądał na nieco zaskoczonych. Z plusów dla Stali? Na pewno Ronald Curry Jr, który tego dnia był tylko duchem. Trener Andrzej Urban umiejętnie wyłączył z gry tego zawodnika, widać było, że zawodnicy gospodarzy wiedzą jak grać przeciwko niemu, żeby się za bardzo nie rozkręcił. I choć Stal była blisko w drugiej kwarcie, żeby przełożyć szable na swoją stronę (32-28), to goście mieli cały czas więcej miejsca w ofensywie i zespół gospodarzy był po prostu w wielu akcjach spóźniony. Szybka seria MKS-u w końcówce i 44-28 po pierwszej połowie. Gospodarze w pierwszej połowie trafili tylko (1!) trójkę.
Druga połowa? Pod względem ofensywnym dla Stali na pewno lepsza. Uruchomiony został Daniel Gołębiowski, który w drugiej połowie dostał więcej zaufania i się ono opłaciło. Stal od początku trzeciej kwarcie prezentowała dobrą obronę strefową klasyczną 1-3-1 i korzyści z tej obrony było też widać w grze w ataku zespołu gospodarzy. Zawodnicy wzajemnie się napędzali i była to bardzo ofensywna kwarta. Jednakże Krzysztof Szablowski na zaskoczonego nie wyglądał, jego MKS też robił swoje. Luther Muhammad sprawiał bardzo duże problemy gospodarzom jak miał pozycję to trafiał i widać, że wyrasta na lidera tego zespołu, koledzy z zespołu mu ufają a gdy on gra lepiej to cały zespół również. Za dużo już się nie działo w tym spotkaniu, goście dowieźli to zwycięstwo do końca i wygrali z zespołem trenera Andrzeja Urbana 91-77. Z ciekawostek statystycznych może i Ronald Curry Jr został zatrzymany w rzucaniu punktów, ale nie w kreowaniu gry. Ronald rozdał w tym spotkaniu aż 13 asyst. MKS zasłużenie wygrał to spotkanie, kontrolowali ten mecz od początku do końca. W Stali najlepszy na boisku był Luka Sakota, który zdobył w tym spotkaniu 18 punktów. Stal na razie niestety nie działa jak jeden dobrze działający organizm o czym wybitnie świadczy statystyka graczy z ławki - w Stali tylko 14 a po stronie MKS-u aż 43 punkty.
Najlepsi na parkiecie:
Luther Muhammad (MKS) - 16 pkt, 4 zbiórki, 4 asysty
Marc Garcia - Martin Peterka - Dale Bonner (MKS) - każdy po 12 punktów = 36 punkty
Luka Sakota (Stal) - 18 pkt, 5 zbiórek, 2 asysty
No i co tu dużo mówić MKS przyjechał, zrobił porządek i odjechał z kompletem. Szable Szablowskiego tną równo i z gracją, a Stal? Na razie wygląda jakby walczyła z własnym cieniem. Bogucki wszedł jak do siebie, Muhammad chodził po boisku jak po czerwonym dywanie, a Stal… no cóż, nawet ich oprawa miała więcej ognia niż obrona. Trener Andrzej Urban może i zna taktykę, ale chyba zgubił instrukcję obsługi do własnej drużyny. 43 punkty ławki MKS-u mówią wszystko. W Ostrowie dym się unosi, i to nie tylko ten z szabel.
Anwil Włocławek 98-108 AMW Arka Gdynia
Byli Anwilowcy wrócili jak burza - Arka Gdynia rozbiła Włocławek w Hali Mistrzów
To miało być spokojne domowe zwycięstwo Anwilu (tak uważała większość). A wyszło? Widowisko, w którym trójki Jakuba Garbacza wbijały się w serca włocławian jak gwoździe w tablicę wyników. AMW Arka Gdynia zagrała z luzem, polotem i... byłymi Anwilowcami, którzy wrócili po swoje. Zyskowski? Profesor. Garbacz? Snajper. Łączyński? Dyrygent. Anwil? Rozbity, bez pomysłu i z 63 straconymi punktami do przerwy.
Już od pierwszych sekund było widać, że Arka nie przyjechała statystować. Jakub Garbacz otworzył mecz jak na strzelnicy trójka, druga, trzecia. 3/3 zza łuku w cztery minuty. Gospodarze? Grali ospale i bez agresji. Obrona Anwilu patrzyła, a zawodnicy Mantasa Česnauskisa mijali ich jak tyczki. W pierwszej kwarcie wynik mówił wszystko: siedem trójek trafionych, dwanaście asyst (!), kontra Anwil tylko trzy. Jeśli ktoś liczył, że po przerwie Anwil ruszy do ataku, to się przeliczył. Garbacz dalej palił kolejne dwie trójki, ręka jak automat. Zyskowski punktował, Łączyński rozrywał obronę podaniami. Anwil wyglądał jak zespół, który zapomniał, że to mecz ligowy, a nie sparing przed sezonem. Brak komunikacji, brak twardości. Arka grała lekko i zespołowo - 17 asyst do przerwy. 63 punktów we własnej hali stracić w 20 minut? Coś karygodnego.
Trener Kożan pewnie grzmiał w szatni, ale efekt? Żaden. Garbacz znów trafił z dystansu, gospodarze nie potrafili znaleźć żadnej odpowiedzi, żadnej reakcji. Okauru wykorzystał każdą lukę w obronie, a Zyskowski wyglądał jak w reklamie: „wszystko wychodzi naturalnie”. Arka bawiła się koszykówką, a Anwil gasł. Anwil coś próbował Mucius coś trafiał, Michalak dorzucił swoje, ale Arka grała na autopilocie. Seria 7-0 gospodarzy na moment obudziła trybuny, ale Zyskowski i Łączyński szybko sprowadzili emocje na ziemię. Po kolejnej trójce Garbacza zrobiło się 94-71 i było po meczu. Trener Kożan rotował składem, ale bez efektu Arka dowiozła zwycięstwo pewnie 108-98.
Goście lepsi w każdym aspekcie:
Zbiórki: 37-28
Asysty: 29-15
Skuteczność z gry: 61% vs 48%
Punkty z ławki: 40-26
We Włocławku nikt nie spodziewał się takiego lania.
Najlepsi na parkiecie
Jakub Garbacz (Arka) - 23 pkt (7/8 za trzy), bezbłędny snajper.
Jarosław Zyskowski (Arka) - 21 pkt, 5 zbiórek.
Kamil Łączyński (Arka) – 8 pkt, 10 asyst.
Michael Okauru (Arka) – 19 pkt.
Isaiah Mucius (Anwil) – 23 pkt.
Elvar Fridriksson (Anwil) – 16 pkt, 6 asyst.
Garbacz wbijał trójki niczym gwoździe do trumny, Zyskowski się uśmiechnął, a Łączyński rozdawał kolejne asysty jak kupony rabatowe. Anwil? Zero agresji, zero obrony, zero pomysłu, zero mentalu. Arka przyjechała, rzuciła 108, i wróciła do Gdyni z pełnym bagażem punktów. Byli Anwilowcy wrócili, ale bez sentymentów. Hala Mistrzów? Tego wieczoru wyglądała jak Hala Gości.
Miasto Szkła Krosno 81-82 PGE Start Lublin
Beniaminek się postawił - Lublinianie ledwo wygrali
Kto by pomyślał, że beniaminek Orlen Basket Ligi postawi się tak bardzo świeżym zdobywcom Superpucharu Polski i srebrnym medalistom poprzedniego sezonu. A jednak, nasza liga jak zawsze zaskakuje i trochę zaskoczyła. Na wstępnie Start w tym spotkaniu musiał sobie radzić bez Treviana Tennysona, który doznał w tym tygodniu kontuzji śródstopia, która wyklucza go z gry na sześć tygodni.
Jeśli chodzi o samo spotkanie to co najbardziej zaimponowało to na pewno nieustępliwość i charakter pokazany przez zespół gospodarzy. Krośnianie dobrze zdają sobie sprawę z sytuacji jakiej są, pierwszy sezon po powrocie i na pewno nie chcą być przysłowiowymi chłopcami do bicia. Dobre wejście w to spotkanie zaprezentował Jan Wójcik, jednak jak się później okazało punkty zdobyte w pierwszej kwarcie (6) były jego jedynymi w całym spotkaniu. Zespół Miasta Szkła Krosno lepiej wszedł w to spotkanie, jednak zespół gości nie zamierzał składać broni. Dobrze swoje minuty wykorzystywał Quincy Ford, który był po prostu wszędzie.
Warto też docenić Estończyka Leemeta Bocklera, wokół którego bardzo dużo się działo w akcjach zespołu z Krosna. Estończyk dobrze biega, umie się ustawić a także umie rzucić zza łuku, w tym spotkaniu zrobił to aż pięciokrotnie. Krośnianie mimo iż celem jest utrzymanie w lidze to w tym spotkaniu grali bez żadnych kompleksów. Całe spotkanie było bardzo wyrównane od początku do końca. Lublinianie nie forsowali na siłę rzutów za trzy punkty w samej pierwszej połowie mieli 0/3. Dopiero w drugiej połowie ofensywa Startu głównie za sprawa Tevina Macka rozkręciła się na dobre. Widać, że trener Wojciech Kamiński chce postawić na tego zawodnika jako lidera zespołu. Po stronie Miasta Szkła Krosno słabsze spotkanie rozegrał Javontae Hopkins. Choć rozgrywający zdobył 8 punktów i zaliczył 5 asyst, jego skuteczność z gry pozostawiała sporo do życzenia. Dodatkowo popełnił aż 6 strat, co jak na organizatora gry zespołu zdecydowanie nie przystoi.
Zespół gospodarzy miał swoje momenty w tym spotkaniu przecież na początku drugiej połowy zawodnicy trenera Edmundsa Valeiko wyszli na prowadzenie 48-40. Głównie za sprawą Macka oraz Forda, drużyna Startu cały czas trzymała się w grze w tej kwarcie. Końcówka spotkania to był prawdziwy test dla wicemistrzów Polski i wyszli z niego zwycięsko. Mimo, że na minutę przed końcem to gospodarze prowadzili to Start umiejętnie rozegrał tę końcówkę spotkania. A najważniejszy rzut wolny w tym spotkaniu należał właśnie do Tevina Macka. Zespół Startu wyrwał to zwycięstwo i pokonał zespół z Krosna 82-81. Na koniec spotkania było gorąco też na linii trenerów na 0,6 sekundy przed końcem spotkania gdy Start miał swoje posiadanie o przerwę poprosił trener Wojciech Kamiński. Bardzo nie spodobało się to trenerowi gospodarzy i po tym czasie gdy Start chciał coś jeszcze zrobić zespół gospodarzy w ogóle nie chciał już tego dogrywać i wynik został bez zmian. Po meczu z kolei trener Edmunds wyraził swoje niezadowolenie z tej sytuacji i wywiązała się między trenerami mała pyskówka. Było to trochę niezrozumiałe bo przecież gra się do końca a prowadzenie było tylko jednopunktowe. Szanse na zwycięstwo oczywiście były małe, ale gra się do końca. Trafienia Macka i Hawkinsa dla Startu okazały się w końcówce kluczowe i zawodnicy trenera Kamińskiego zdali ten test nerwów. Warto też docenić bardzo dobry występ Jordana Wrighta, który w tym spotkaniu do 17 punktów dołożył także 10 zbiórek i 6 asyst, double-double nie zdarza się codziennie.
Najlepsi na parkiecie:
Leemet Bockler (Miasto Szkła) - 25 pkt, 7 zbiórek, 3 asysty
Charles Jackson Iii (Miasto Szkła) - 17 pkt, 1 zbiórka, 4 asysty
Tevin Mack (Start) - 23 pkt, 7 zbiórek
Jordan Cameron Wright (Start) - 17 pkt, 10 zbiórek, 6 asyst
No, no mało brakowało, a w Lublinie zgasłyby światła. Start niby faworyt, niby medalista, a przyjechał do Krosna i prawie się potknął o własne sznurówki. Miasto Szkła? Szacun chłopaki grali jakby od tego meczu zależało ich stypendium na cały sezon. Bockler palił zza łuku jak z dopalacza, a Lublin przez długi czas patrzył, jak to się robi. Na końcu uratował ich Mack, który miał więcej zimnej krwi niż klimatyzacja w hali. A ta pyskówka trenerów? No cóż… panowie, trochę luzu to nie Euroliga, tylko liga, gdzie nawet beniaminek potrafi pokazać zęby. Krosno przegrało, ale szacun za jaja. Start wygrał, ale bardziej wymęczył niż wywalczył.
Górnik Zamek Książ Wałbrzych 85-83 WKS Śląsk Wrocław
Derby rządzą się swoimi prawami - dla Górnika trzy do zera
Pierwsza połowa była typową walką na przetrwanie. Z jednej strony chaos, z drugiej niedokładność. Oba zespoły wyglądały tak, jakby dopiero co wróciły z przedsezonowych obozów. Śląsk miał swoje momenty kilka dobrych pozycji, ale kończyło się… airballami. Trener Ainars Bagatskis po meczu nie owijał w bawełnę i dosadnie krytykował brak skuteczności i koncentracji. Górnik też nie zachwycał, ale miał coś, czego Śląskowi brakowało spokój i reakcję na błędy rywala. Gospodarze zdołali odrobić straty, a w końcówce pierwszej połowy przejęli kontrolę. Do przerwy 42-41 i wszystko było otwarte.
Trzecia kwarta to wymiana ciosów. Co akcję zmiana prowadzenia, co rzut emocje. Kibice nie zdążyli jeszcze zasiąść po przerwie, a już byli na nogach. W ostatniej kwarcie Górnik wyglądał na zespół, który w końcu złapał rytm. Szybkie kontry, agresja, koncentracja. 80-70 na tablicy i tylko dwie minuty do końca. Hala w Wałbrzychu już zaczynała świętować… i wtedy się zaczęło. Śląsk włączył tryb desperacji presja na całym boisku, szybkie punkty i błyskawiczne przechwyty. Kadre Gray najpierw trafia spod kosza, potem wymusił faul i dał Śląskowi prowadzenie 83-82. Wtedy wyglądało na to, że Górnik sam oddał ten mecz. Na zegarze zostało 5 sekund. Piłka powędrowała do Lovella Cabbila. Rozgrywający Górnika ruszył z połowy, jeden kozioł, drugi, stepback i… piłka przelatuje przez siatkę, a Aqua-Zdrój eksploduje. Górnik wygrywa derby Dolnego Śląska po raz trzeci z rzędu, a Wałbrzych na pewno świętował do późna w nocy.
Jak zawsze przy starciach Górnika i Śląska emocje nie tylko na parkiecie. Mecz został oznaczony jako spotkanie podwyższonego ryzyka, więc przyjezdni kibice pojawili się w hali dopiero w połowie pierwszej kwarty. Ostatecznie wszystko przebiegło bez zakłóceń, choć wymiana „uprzejmości” między sektorami trwała przez całe spotkanie. Wałbrzyski Kocioł niósł drużynę od początku do końca. Głośno, z pasją, z oprawą i flagami. Cabbil po meczu przyznał, że to wsparcie czuł w każdej akcji.
No i znowu, klasyka Górnika najpierw serducho na parkiecie, potem serce w gardle u kibiców. +10, wszyscy wstają - a tu Śląsk wraca do gry jak zombie z horroru, ale jak już trzeba było kogoś, kto ma zimną krew, to Cabbil odpalił jak Lillard po espresso. Bagatskis? Pewnie dalej liczy airballe. A Wałbrzych? Niech lepiej zamówi zbiorową wizytę u kardiologa, bo jeśli tak mają wyglądać ich mecze, to defibrylatory będą musiały być w abonamencie. Wrocławianie z kolei mają bilans 0-2 i widać, że zawodnicy jeszcze potrzebują czasu aby się dotrzeć. Jak długo to dotarcie będzie trwało? Zobaczymy
Dziki Warszawa 80-86 Trefl Sopot
Trefl Sopot ograł Dziki Warszawa - Kacinas i Scruggs rozdawali karty
Warszawskie Dziki u siebie zawsze są groźne i tym razem też to potwierdziły. Jednak po dobrym początku w wykonaniu gospodarzy, to Sopocianie przejął inicjatywę i nie oddali jej już do końca.
Pierwsza kwarta w wykonaniu Dzików była taka, jakiej się spodziewaliśmy agresywna z charakterem. Duet Soares - Horton robił robotę. Dziki grały z sercem, napędzane dopingiem stołecznych kibiców, i po pierwszych dziesięciu minutach prowadziły 19-15. W tym momencie wydawało się, że Trefl musi znaleźć sposób, by zatrzymać rytm gospodarzy i znalazł go bardzo szybko. Od drugiej kwarty Sopocianie przeszli w tryb „pełna moc”. Zespół trenera Mikko Larkasa zaczął kontrolować tempo gry i co najważniejsze trafiać. W drugiej odsłonie Trefl zdobył aż 31 punktów, zamieniając deficyt w wyraźne prowadzenie. Mindaugas Kačinas grał jak profesor był wszędzie, zbierał, trafiał i napędzał drużynę (19 punktów, 11 zbiórek, 4 asysty). Paul Scruggs po cichu, ale bardzo skutecznie, dodawał swoje 17 punktów i świetnie prowadził ofensywę. Trójki siadały, piłka krążyła, a Trefl wyglądał jak maszyna. Goście przez moment prowadzili nawet szesnastoma punktami Dziki nie miały zamiaru się poddać w końcówce czwartej kwarty ruszyły do szaleńczego pościgu. Landrius Horton dwoił się i troił (24 punkty, 3 zbiórki, 4 asysty), próbując poderwać drużynę do walki, ale zabrakło czasu i trochę skuteczności w decydujących momentach.
Trefl zachował chłodną głowę, zagrał dojrzale i nie pozwolił wyrwać sobie zwycięstwa. Wynik końcowy 86-80 tylko potwierdza, że różnicę zrobiła zespołowa gra przyjezdnych. W Dzikach główny ciężar gry wzięli na siebie Horton i Soares, ale reszta nie potrafiła dorzucić wystarczającego wsparcia. Z kolei w Trefle każdy, kto pojawił się na parkiecie, wnosił coś od siebie. Mikołaj Witliński po raz kolejny potwierdził, że jego forma rośnie (12 punktów, 8 zbiórek, 2 asysty). Trefl wyglądał na drużynę coraz bardziej poukładaną, wiedzącą czego chce a Dziki, choć ambitne, zapłaciły za swój przestój w drugiej kwarcie spotkania.
Dziki u siebie zawsze gryzą, ale tym razem trafiły na drużynę, która nie boi się zadrapań. Trefl wjechał do Warszawy jak gość, który wie po co przyszedł zero kurtuazji, pełna robota. Larkas pokazał, że ma system, który działa piłka chodziła, trójki wpadały. W końcówce Dziki chciały jeszcze coś urwać, ale Trefl miał chłodną głowę. Witliński robił swoje, Scruggs rozdawał karty, a Kacinas? Klasowy lider. Morał? Dziki miały serce, Trefl miał plan. A w tej lidze wygrywa ten, kto potrafi połączyć jedno z drugim.
Arriva Lotto Twarde Pierniki Toruń 67-82 Legia Warszawa
Legia bez litości dla Twardych Pierników - mecz bez historii
Nie każdy mecz w Orlen Basket Lidze da się opisać z dreszczem emocji ten był raczej formalnością. Legia wjechała do Torunia, zrobiła swoje i pojechała dalej. Już pierwsza połowa ustawiła całe spotkanie. Mistrzowie Polski zagrali jak profesorowie skutecznie, twardo i z pełną kontrolą. Po dwóch kwartach na tablicy widniał wynik 43-22 dla Legii. To nie był koszykarski mecz, to był wykład.
Zespół z Warszawy grał jak dobrze naoliwiona maszyna szczelna obrona, szybkie przejścia do ataku i wysoka skuteczność. Twarde Pierniki wyglądały przy nich jak zespół, który dopiero szuka instrukcji obsługi do nowego sezonu. Dopiero w czwartej kwarcie gospodarze złapali trochę oddechu. Legia już wtedy zdjęła nogę z gazu, co Torunianie wykorzystali, wygrywając ostatnią odsłonę 24-16, ale to nie zmienia faktu ten mecz był już dawno rozstrzygnięty. Legia wygrała 82-67, a po końcowej syrenie nawet nie było wielkiej radości po prostu kolejny dzień w biurze. Najlepszy w Legii Benjamin Shungu, który zagrał równo i skutecznie (17 pkt, 3 zb, 3 as).
Po stronie gospodarzy jedynym, który coś naprawdę robił, był Aleksandar Langović (18 pkt, 12 zb, 2 as). Reszta? No cóż… cicho sza.
To nie był mecz to był trening otwarty z publicznością. Legia, pobiegała, pograła, spakowała się i pojechała. Twarde Pierniki? Twarde to może i z nazwy, ale w tym spotkaniu w obronie miękkie jak sernik po niedzieli. A Miha Lapornik? Serio, jeśli ktoś go widział, to proszę o kontakt. Toruń ma Langovicia i… ciszę w eterze. Legia? Sprawdzian zdany bez potu.
Energa Czarni Słupsk 101-76 King Szczecin
Dramat w czterech aktach dla Kinga - Słupsk z koncertem zespołowej gry
To miało być starcie z potencjałem na hit kolejki a skończyło się jednostronnym pokazem siły. Energa Czarni Słupsk od pierwszych minut narzucili tempo, które kompletnie rozbiło King Szczecin. W Hali Gryfia gospodarze wyglądali jak zespół, który wie dokładnie, co chce grać. King? Jak drużyna, która dopiero szuka instrukcji obsługi.
Zespół trenera Robertsa Stelmahersa zagrał najlepszy mecz od miesięcy szybki, odważny i przede wszystkim zespołowy. Każdy na parkiecie miał swoją rolę i wiedział, jak ją wykorzystać. Aigars Šķēle prowadził grę jak prawdziwy generał i kończył akcje, gdy było trzeba. Obok niego Donovan Ivory grał z luzem, agresją i skutecznością, a Michał Nowakowski jak za najlepszych czasów trafiał trójki seriami (3/4 zza łuku). Swoje zrobił też Szymon Tomczak, który walczył jak lew pod koszem 11 punktów, 8 zbiórek i mnóstwo fizycznej pracy, której nie pokazują suche statystyki. Gospodarze wyglądali na drużynę zbudowaną, poukładaną i pewną siebie.
King Szczecin wyglądał jakby zostali w szatni. Obrona dziurawa, rotacja spóźniona, a w ataku brak chemii i celności. King oddawał sporo rzutów z dystansu, ale z efektem mizernym tylko 32% zza łuku. Noah Freidel trafił 1 na 10 prób w sezonie, Jovan Novak też nie może się cały czas wstrzelić (1/7). W ofensywie brakowało im czystych pozycji, ale też egzekucji momentami gra wyglądała jak improwizacja, nie jak plan. Novak wygląda na zawodnika, który dopiero poznaje swoich partnerów i nowy, szybszy styl gry. Przebłyski miał Jeremy Roach, ale przy takiej skuteczności trudno mówić o realnym zagrożeniu. Pod koszem? Potencjał jest Nemanja Popović i Ondrej Hustak to duet, który mógłby siać spustoszenie, ale… nie zostali jeszcze dobrze wykorzystani. W dwóch pierwszych meczach byli praktycznie niewidoczni w ataku. Brakuje im podań w ruchu, akcji granych specjalnie dla nich. W zespole Kinga bardzo dobrze w tym spotkaniu spisywał się Tomasz Gielo, który był liderem zespołu. Bez niego ofensywa Kinga by nie istniała w tym spotkaniu.
King ma wszystko, by wrócić do gry dobrych wysokich, szybkich obwodowych i solidny sztab szkoleniowy, ale to co działało w sparingu z Albą Berlin, w lidze na razie nie funkcjonuje. Wtedy szczecinianie byli dojrzali, skoncentrowani, trafiali swoje rzuty i bronili z energią. W Słupsku? Wszystkiego tego zabrakło. Nie ma jednak co siać paniki to dopiero początek sezonu, a King to drużyna w budowie. Jeśli poprawią selekcję rzutową, włączą centrów do gry i znajdą rytm w ataku, wrócą do poziomu, do którego przyzwyczaili kibiców.
Czarni zrobili robotę jak na koncercie metalowym głośno, ostro i bez litości. Skele jak dyrygent, Ivory jak dynamit, Nowakowski jak z katalogu retro formy. A Tomczak? Harował pod koszem jakby za każdą zbiórkę miał dostać darmowe piwo po meczu. King? Chłopaki wyglądali, jakby ich GPS zgubił w drodze do Słupska. Spokojnie, potencjał tam jest tylko ktoś musi wcisnąć ten magiczny guzik „ON”. A Słupsk? Oni już dawno go wcisnęli.
Najlepsi na parkiecie:
Aigars Šķēle (Czarni) - 23 pkt, 4 zbiórki, 6 asyst
Donovan Ivory (Czarni) - 19 pkt, 3 zbiórki, 1 asysta
Tomasz Gielo (King) - 23 pkt, 2 zbiórki, 1 asysta
Tauron GTK Gliwice 62-86 Zastal Zielona Góra
Zastal przejechał się po GTK - mocne zwycięstwo zielonogórzan, którzy ani przez moment nie zostawili złudzeń, kto rządził tego wieczoru
To był mecz z gatunku „bez stresu i bez pytań”. GTK wyszło na parkiet jakby myślami było jeszcze w autokarze, a Zastal od pierwszych sekund wyglądał, jakby chciał błyskawicznie załatwić sprawę i wrócić do domu z kompletem punktów.
Andrzej „Andy” Mazurczak jak zwykle robił to, co do niego należy kontrola i asysty na tacy. 11 punktów, 7 asyst i spokój, który udzielał się całemu zespołowi. Phil Fayne dominował też w ofensywie i imponował swoją atletycznością. Z kolei Krzysztof „Żubr” Sulima pokazał co to znaczy walka 13 punktów i masa cennej energii, którą nakręcał resztę drużyny. Trener Arkadiusz Miłoszewski mógł być zadowolony jego zespół grał jak maszyna: twardo w obronie, konsekwentnie w ataku i z pełnym zrozumieniem między zawodnikami. Zastal wyglądał jak dobrze naoliwiony mechanizm, w którym każdy trybik działał perfekcyjnie.
Po drugiej stronie? Cóż, trudno znaleźć coś pozytywnego. Andy Cleaves II próbował ciągnąć ten wózek w pojedynkę 20 punktów i kilka efektownych akcji, ale to za mało, by postawić się drużynie tak zorganizowanej jak Zastal. Reszta GTK wyglądała jak zagubiona w tłumie – brak komunikacji i kompletny brak pomysłu na to, jak rozmontować defensywę zielonogórzan. To już druga mocna porażka z rzędu po 93-58 z Anwilem, więc nic dziwnego, że trener Boris Balibrea ma coraz większy ból głowy. Gliwiczanie wyglądają jak drużyna, która wciąż szuka tożsamości i to z coraz większą desperacją. Z kolei Zastal zagrał dojrzale i z klasą nie forsował rzutów, nie szarpał tempa, po prostu robił swoje. Co najważniejsze: wyglądał jak zespół z planem. Obrona szczelna, przejście do ataku szybkie, piłka chodziła płynnie, a każdy wiedział, gdzie ma być w danym momencie.
Zastal przyszedł, zobaczył, rozjechał. Mazurczak rozdawał jak wigilijny opłatek, Fayne tańczył pod koszem, a Sulima wyglądał jak młody byk po siłowni. W GTK? Cisza. Tylko Cleaves coś próbował, ale jak się walczy z pięcioma, to nawet Jordan by nie pomógł. Zespół gości zagrał jakby miał zakaz przekraczania 70 punktów. Panie trenerze Balibrea, czas chyba na mocniejszą kawę i długą rozmowę z tablicą taktyczną.
Najlepsi na parkiecie:
Krzysztof Sulima (Zastal) - 13 pkt, 3 zbiórki, 2 asysty
Phil Fayne (Zastal) - 12 pkt, 5 zbiórek, 2 asysty
Andrzej Mazurczak (Zastal) - 11 pkt, 3 zbiórki, 7 asysty
Andy Cleaves Ii (GTK) - 20 pkt, 4 zbiórki