RZUTZA3.PL PLKKOSZYKARSKA-ZADYMKA-4-ZMECZONY-SLASK-WYGRYWA-ARKA-I-GORNIK-NIE-ZWALNIAJA-KING-GRA-KONCERT

Koszykarska Zadymka #4 - Zmęczony Śląsk wygrywa, Arka i Górnik nie zwalniają, King gra koncert

21/10/2025 17:58
fot. Andrzej Romański/plk.pl

Zmęczenie, chłodna głowa i kilka indywidualnych popisów tak wyglądała kolejka, w której faworyci dowieźli swoje nawet bez fajerwerków. Śląsk, choć na oparach po Europie, wygrał w Gliwicach; zostały cztery zespołu bez porażki Arka, Trefl, Legia, Górnik pozostają niepokonani. PGE Start Lublin znów wyrwał mecz charakterem w dogrywce, za to w Gliwicach i w Toruniu rośnie stos trudnych pytań. Nazwiska tygodnia? Djordjević pod koszem, Garbacz na obwodzie, Roach w show-mode. Siadaj i czytaj - podsumowanie kolejki w innym rozrywkowym stylu.

Tauron GTK Gliwice 86-93 WKS Śląsk Wrocław

Zmęczony Śląsk wymęczył zwycięstwo - GTK przegrywa po raz trzeci

Zaledwie dwa dni po triumfie nad Cluj-Napoca w EuroCupie, Śląsk Wrocław musiał znów ruszyć do boju tym razem w Gliwicach, w meczu Orlen Basket Ligi. Czasu na odpoczynek brak, nogi ciężkie, głowy jeszcze w europejskich emocjach. I było to widać od pierwszych minut.

GTK, świeżo, z energią i z pomysłem, postawiło rywalom twarde warunki. Andy Cleaves już w pierwszej połowie urządził sobie prywatny konkurs rzutów, zdobył 12 punktów i momentami wyglądał, jakby chciał sam poprowadzić gliwiczan do pierwszego zwycięstwa w sezonie. Na domiar złego młody Jakub Urbaniak złapał cztery faule już w pierwszej połowie i musiał usiąść. Obrona strefowa Śląska wyglądała jak sito. Wrocławianie popełniali błędy, byli spóźnieni i mieli aż 12 strat po dwóch kwartach.

W GTK brakowało jednak konsekwencji. Mimo że grali agresywnie i z pomysłem, ich przewaga topniała, bo Śląsk po prostu miał większy talent. Po pierwszej połowie było tylko 45-44 dla wrocławian, ale zapowiadało się, że zaraz ta różnica urośnie. I faktycznie po przerwie Śląsk odpalił. W trzeciej kwarcie ofensywa ruszyła pełną parą. Stefan Djordjević przypomniał wszystkim, że wciąż potrafi dominować pod koszem. 21 punktów, 13 zbiórek klasyczne double-double z jego stajni. Gdy trzeba było stanąć twardo w obronie, też nie pękał. Świetny mecz zagrał też młody Błażej Czerniewicz, który wykorzystał 15 minut i dorzucił 8 punktów. Trójka Noaha Kirkwooda równo z syreną zamknęła kwestię emocji 80-65 dla Śląska po trzech kwartach.

W ostatniej kwarcie zespół gospodarzy walczył, ale rewelacyjna trzecia kwarta Śląska gdzie rzucili aż 35 punktów zamkął im szansę. GTK w tym spotkaniu próbowało coś ugrać Rashun Davis (17 pkt) i Jarred Godfrey (20 pkt) walczyli ale może to napiszę zbyt brutalnie wyglądało to bardziej jak statystykowe granie niż realna walka o wygraną. W przerwach widać było frustrację trenera krzyczał, gestykulował, próbował poderwać swoich graczy, a oni? Trochę niewzruszeni, jakby odliczali minuty do końca. Trener, który z pewnością przepracował całe lato solidnie, poukładał przygotowania, budował system i filozofię, ale na parkiecie? Skuteczności nie widać, systemu za bardzo też nie widać a widać za to frustrację szkoleniowca. Śląsk nie zachwycił, ale dowiózł swoje pierwsze zwycięstwo w lidze. Kadre Gray zdobył 15 punktów i rozdał 9 asyst, ale to nie był jego najlepszy występ bo to co trafiał to oddawał (aż 6 strat), momentami miał kłopoty z prowadzeniem gry i dawał się podwajać w sposób, którego nie przystoi zawodnikowi jego klasy. Z jednej strony lider punktowy, z drugiej facet, który ma jeszcze coś za uszami. GTK z kolei? Trzecia porażka i poważne pytania bez odpowiedzi. Rywale rzucają im średnio 88 punktów na mecz, sami zdobywają średio 69. Matematyka jest brutalna tak się nie da wygrywać. A terminarz nie pomaga: przed nimi Dziki, Trefl, Górnik. Mecz z beniaminkiem z Krosna dopiero w połowie listopada. Czy Balibrea dotrwa do tego czasu? Jeszcze na koniec co do meczu: nie mówię, że Śląsk zagrał idealnie, momentami grał też fatalnie, ale dowiózł a GTK w tym sezonie nie dowozi.

Śląsk? Zmęczony, ciężki, ale skuteczny. Djordjević jak walec wjeżdżał pod kosz i zostawiał tylko pył. Gray niby lider, ale te 6 strat boli. Na plus? Czerniewicz, młody, głodny, zadziorny niech gra więcej! Gliwice? Na razie to nie Tauron GTK, tylko Tauron Gdzie Ta Koszykówka. Krótko mówiąc Śląsk zagrał na rezerwie, ale wygrał, a zespół gospodarzy na razie w ogóle nie odpalił silnika.

Zastal Zielona Góra 75-77 AMW Arka Gdynia

Jakub Garbacz się nie zatrzymuje - Arka wygrywa po raz trzeci

Jeszcze kolejkę temu zachwycaliśmy się nad Arką po sensacyjnej wygranej we Włocławku. Teraz drużyna Mantasa Cesnauskisa pojechała do Zielonej Góry i znów pokazała, że nie jest to przypadek, a raczej plan, który zaczyna przynosić efekty. W hali CRS nie gra się łatwo tym bardziej trzeba docenić sposób, w jaki Arka wygrała ten mecz.

Najwięcej przysłowiowych braw zebrał Jakub Szumert i słusznie. 20-latek zagrał jak stary wyjadacz. Zdobył 20 punktów, 9 zbiórek, trafił dwie trójki i był wszędzie. Walczył o każdą piłkę, nie bał się gry 1 na 1, ciągnął drużynę wtedy, gdy inni mieli problemy. Jeśli Zastal szukał symbolu nowego pokolenia, to chyba właśnie go znalazł. Szumert swoją postawą spłaca kredyt zaufania w najlepszy możliwy sposób: odwagą i energią.

Po stronie gości widać było coś, czego w wielu polskich zespołach czasem jeszcze czyli brakuje system i zrozumienie ról. Zespół Cesnauskisa wygląda na dobrze przygotowany fizycznie i mentalnie. Nie grają widowiskowo przez 40 minut, ale wiedzą, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwolnić. Kamil Łączyński? Klasyka. 7 punktów, 9 asyst, a wpływ na grę nie do opisania statystykami. Wystarczy, że jest na boisku od razu cała ofensywa Arki wygląda mądrzej. W pierwszej połowie Arka prowadziła 42-40 i to mimo problemów z powstrzymaniem Szumerta. Widać było, że obie drużyny są dobrze przygotowane taktycznie, a poziom emocji pasował do piątkowego prime time’u.

Trzecia kwarta zakończyła się remisem 58-58. W czwartej zaczęła się prawdziwa wojna nerwów. Zastal dociskał, agresywnie bronił, próbował wybić Arkę z rytmu. Ale gdy zrobiło się gorąco, na scenę weszli liderzy. Jakub Garbacz (3/3 za trzy) i Courtney Ramey (2/4 zza łuku) zagrali koncert w końcówce. Każdy ich rzut to był gwóźdź zimna krew, pełna kontrola. Zastal walczył do końca, był remis 73-73 na dwie minuty przed końcem, ale to Arka zachowała spokój i mądrość. Ostatnie słowo należało do gości, a decydująca akcja Szumerta, który miał szansę doprowadzić do dogrywki, zakończyła się niecelnym rzutem. 77-75 Arka dalej niepokonana.

Statystyki, które mówią wszystko

Zastal: skuteczność za trzy - 24%,

Arka: skuteczność za trzy - 42%.

Świetny mecz zagrał także Michael Okauru 14 punktów i trzy trójki, a Jarosław Zyskowski dołożył energię po obu stronach parkietu.

W Zastalu z kolei solidnie wypadł Andrzej Mazurczak (13 pkt, 5 zb, 8 as), ale zabrakło mu wsparcia w ofensywie.

Jak tak dalej pójdzie, to Cesnauskis będzie musiał zainwestować w większy autobus bo ego jego drużyny już się w starym nie mieści. Łączyński rozdawał jak na weselu, Garbacz rzucał jakby miał kontrakt z kosmosem, a Ramey? Spokojnie, ten facet jeszcze zrobi w tej lidze show. Arka 3-0, a przecież dopiero się rozkręcają. W Zielonej Górze? Szumert zrobił hałas, ale jego rzut na dogrywkę trafił w metaforę blisko, ale jeszcze nie tym razem.

PGE Start Lublin 90-85 Arriva Lotto Twarde Pierniki Toruń

Feniks z Lublina znów się podnosi - Start wyrwał Toruniowi zwycięstwo

Pierwszy sobotni mecz kolejki Orlen Basket Ligi i… znowu nerwówka. PGE Start po raz drugi z rzędu musiał sięgnąć po rezerwy charakteru, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Tym razem jednak rywal był wyjątkowo zdeterminowany Twarde Pierniki z Torunia przyjechały po pierwsze zwycięstwo w sezonie i przez długi czas wyglądało, że w końcu je dostaną.

Zespół Srdana Suboticia zaczął ten mecz z energią, której w trzech poprzednich spotkaniach zdecydowanie brakowało. Już po kilku minutach goście prowadzili 9-2, a gospodarze sprawiali wrażenie zaskoczonych tempem gry torunian. Elijah Jamil Hawkins wziął jednak sprawy w swoje ręce w samej pierwszej kwarcie zdobył 12 punktów, ratując Start przed katastrofą. Reszta drużyny miała spore problemy brak skuteczności, chaos w rozegraniu i zero pomysłu w ataku.

W drugiej kwarcie sytuacja się nie poprawiła. Torunianie grali spokojnie, konsekwentnie i… z chłodną głową. Start? Nerwowy, pełen błędów, fauli i emocji łącznie aż 12 strat w samej pierwszej połowie i techniczny faul dla ławki, który tylko potwierdził frustrację. Goście schodzili na przerwę z prowadzeniem 43-35 i świetną skutecznością 52% z gry wobec 36% Lublina. W Starcie zgasł Tevin Mack, który do przerwy był cieniem samego siebie, a po stronie Torunia błyszczał Arik Smith (8 punktów)

Po zmianie stron na parkiecie pojawił się inny Start. Trener Wojciech Kamiński musiał znaleźć odpowiednie słowa w szatni, bo jego zawodnicy wrócili z zupełnie inną energią. Pressing, szybkie przejścia, odważne wejścia Hawkinsa i Jordan Wright, który dokładał swoje trafienia to był moment przełomu. Toruń się gubił, a gospodarze w końcu zaczęli wykorzystywać błędy rywala. Po trzech kwartach na tablicy wyników pojawił się nowy rezultat: 57-56 dla Startu. Ostatnia kwarta to już czysta wojna nerwów. Z jednej strony Tevin Mack, w końcu odblokowany, z drugiej Aleksandar Langović, który dźwigał ofensywę Torunia. Na półtorej minuty przed końcem goście prowadzili 78-74, ale wtedy goście wrzucili wyższy bieg. Najpierw trafienia Hawkinsa, później punkty Macka i mieliśmy remis 78-78. W dodatkowych pięciu minutach gospodarze już nie oddali inicjatywy. Trio Wright - Mack - Hawkins rozstrzygnęło sprawę. Start wygrał 90-85, a Torunianie mogli tylko patrzeć, jak wymyka im się pierwsze zwycięstwo w sezonie.

Torunianie mieli mecz pod kontrolą, ale oddali go na własne życzenie 18 strat, kilka niepotrzebnych fauli i słaba końcówka w obronie.

Najwięcej punktów zdobył Arik Smith (18), jednak negatywnym bohaterem wieczoru znów był Miha Lapornik. 11 punktów wygląda nieźle, ale liczby nie kłamią: 3/14 z gry, 2/10 za trzy i wskaźnik –16, gdy był na parkiecie. W kluczowych momentach spóźniony, rozkojarzony, a jego błędy w defensywie kosztowały Toruń zwycięstwo. Pytanie tylko: ile jeszcze cierpliwości mają w Toruniu?

Elijah Jamil Hawkins (Start) - 25 pkt, 5 zb.

Jordan Cameron Wright (Start) - 22 pkt, 7 asyst.

Tevin Mack (Start) - 17 pkt, 11 zb.

Arik Smith (Twarde Pierniki) - 18 pkt.

Aleksandar Langović (Twarde Pierniki) - 17 pkt.

Start znowu jak na rollercoasterze czyli raz śpi, raz lata, ale co by nie mówić, Mack zrobił różnicę w końcówce, Hawkins to wariat z ikrą, a Wright wygląda jak profesor wśród chaosu. Toruń? No nie wiem, może czas wyjąć kalkulator i policzyć, ile kosztuje każda z tych 18 strat. Lapornik? 3/14 z gry, 2/10 za trzy, -16… jakby był szpiegiem z Lublina. Subotić się zaczyna denerwować, drużyna się gubi, a 0-3 w tabeli nie wygląda dobrze.

Górnik Zamek Książ Wałbrzych 71-69 Dziki Warszawa

Zbyt późne przebudzenie Dzików - kolejne zwycięstwo Górnika

Początek sezonu w Orlen Basket Lidze pokazuje, że żadna drużyna nie ma lekko. Ekipy po wakacyjnych przebudowach dopiero szukają tożsamości, a mecz w Wałbrzychu tylko to potwierdził. Górnik i Dziki dali kibicom spotkanie, które może nie zachwyciło pięknem koszykówki, ale znów dostarczyło solidnej dawki adrenaliny.

„Drabina Wałbrzyska” – symbol lokalnych gór i trasy, której podejście daje w kość każdemu idealnie oddaje przebieg tego spotkania. Pierwsze minuty spokojne, równe, bez wyraźnego lidera, ale po krótkim spacerze zaczęły się pierwsze strome podejścia, na których Dziki złapały zadyszkę. Górnik zagrał ze swoim rytmem i zakończył pierwszą kwartę prowadzeniem 19-10. W drugiej kwarcie goście odzyskali oddech. Trafienia Landriusa Hortona i skuteczniejsza defensywa pozwoliły warszawianom dojść do 30-27, ale wałbrzyszanie szybko odpowiedzieli serią 10-1. Na przerwę schodzili prowadząc 37-31, a hala Aqua-Zdrój powoli zaczynała drżeć z emocji. Po zmianie stron Górnik wyglądał lepiej, ale wciąż brakowało płynności. Dziki broniły agresywnie, lecz w ataku raziły nieskutecznością przez 38 minut meczu 0/21 za trzy (!). Górnik po trzech kwartach prowadził 55-42, a po trzech minutach czwartej kwarty nawet 64-49. I wtedy… zaczęło się to, do czego Wałbrzych już nas przyzwyczaił.

Zamiast spokojnie dowieźć wynik, gospodarze zaczęli tracić rytm. Dziki poczuły krew, ruszyły z szarżą i w końcu zaczęły trafiać zza łuku cztery celne trójki w końcówce ożywiły mecz i wprowadziły nerwowość w szeregi biało-niebieskich.

Na tablicy wyników 68-64, później tylko 71-69 i… pełne ciśnienie. Ostatnie sekundy to prawdziwa wspinaczka po linie Dziki grały pressingiem, Górnik bronił wyniku jakby trzymał się skały nad przepaścią. Aut, weryfikacja wideo, nerwy na sali. Sędziowie podtrzymali decyzję piłka dla Górnika. Smith i Bojanowski wygrali wyścig z czasem, przetrzymali piłkę i dowieźli trzecie zwycięstwo z rzędu. Dziki zagrały słabo przez trzy i pół kwarty, ale końcówka była imponująca. Po trzech pustych kwartach zza łuku, trafili 4/4 w końcówce i byli o włos od dogrywki. Gdyby mecz trwał minutę dłużej różnie mogłoby się to skończyć. Z kolei Górnik po raz kolejny serwuje kibicom koszykarską wersję filmu akcji. Zamiast spokojnego zejścia, dramatyczne wiraże i końcówka o włos od katastrofy.

Najlepsi na parkiecie:

Ikeon Smith (Górnik) - 23 pkt, 3 asysty

Tahlik Chavez (Dziki) - 13 pkt, 3 zb

Landrius Horton (Dziki) - 11 pkt, 3 zb, 2 asysty

No i znowu Górnik trzeci mecz, trzecie zwycięstwo, a kibice znowu o 10 lat starsi. Dziki? Walczyły jak szalone, ale przez 38 minut nie trafiły ani jednej trójki – to nie jest koszykówka, to jest tortura. Jak mawiają w Wałbrzychu: łatwo wejść na szlak, trudniej z niego zejść. A Górnik znowu wyszedł z opresji cały, spocony, ale z punktami.

Legia Warszawa 87-76 Energa Czarni Słupsk

Mistrz Polski bez litości - Czarni bez pomysłu

Jeśli wchodzisz do hali mistrza Polski i po czterech minutach przegrywasz 16-4, to już wiesz, że wieczór będzie długi. Energa Czarni Słupsk przyjechali na Bemowo, ale wyglądali tak, jakby zapomnieli, że mecz już się rozpoczął. Obrona - zamrożona, atak - ospały, a Legia grała jak z nut.

Od początku gospodarze narzucili tempo, którego Czarni nie byli w stanie wytrzymać. Andrzej Pluta Jr grał bez kompleksów trafiał, mijał, prowadził zespół z pewnością dojrzałego zawodnika. Po pierwszej kwarcie miał już 7 punktów, a Legia prowadziła 22-10. Goście byli kompletnie bezradni każda akcja w obronie kończyła się spóźnieniem, a Legia wykorzystywała przewagi z gry 1 na 1. Trener Roberts Stelmahers próbował różnych ustawień, próbował pobudzić zespół, ale bez skutku. Gospodarze grali swoje z konsekwencją i pełną kontrolą. Legia trafiała, broniła, wymuszała straty na cztery minuty przed końcem pierwszej połowy prowadziła już 37-20, a przewaga mogła być jeszcze większa. Czarni mieli problemy z trafianiem zza łuku 2/15 za trzy w pierwszej połowie mówi samo za siebie.

Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Legia momentami wyglądała, jakby grała sparing z samą sobą 67-42 na tablicy mówi wszystko. W końcówce meczu zespół trenera Heiko Rannuli nieco odpuścił, co pozwoliło Czarnym zmniejszyć rozmiary porażki, ale o emocjach nie było już mowy.

Najlepsi po stronie gospodarzy?

Ojārs Siliņš - chirurgiczna precyzja, skuteczność, spokój.

Andrzej Pluta Jr - znów z błyskiem, 15 punktów, 6 zbiórek, 3 asysty.

A także Wojtek Tomaszewski, który w swoim debiucie w barwach Legii zdobył 6 punktów i dodał ogrom energii z ławki.

Trener Rannula nawet przy wysokiej przewadze brał przerwy na żądanie widać, że dla niego nie ma meczów „na pół gwizdka” Czarni? Jedynym, który próbował coś zmienić, był Donovan Ivory trafiał z dystansu, starał się pobudzić zespół, ale to było zdecydowanie za mało.

To było jak wyjście po mrozie Legia gorąca, Czarni zamarznięci. Na Bemowie zagrzmiało, a Stelmahers chyba nadal szuka włącznika od ofensywy. Pluta gra, jakby był w lidze od dekady, Siliņš trafia jak chirurg w punkt, a Tass dalej szuka siebie. Czarni? Skończyli z bólem głowy, a to dopiero początek sezonu. Krótko mówiąc - Mistrz Polski przypomniał wszystkim, dlaczego ma koronę. Bez litości, bez nerwów, bez gadania.

Anwil Włocławek 89-78 MKS Dąbrowa Górnicza

Zwycięstwo z włocławskim akcentem - Anwil łapie rytm

To był mecz z podtekstem. Po jednej stronie Grzegorz Kożan i Marcin Woźniak, po drugiej Krzysztof Szablowski i Maciej Raczyński ludzie, którzy doskonale znają smak pracy we Włocławku. Emocji więc nie brakowało, ale tym razem to miejscowi wyszli z tej konfrontacji zwycięsko. Anwil rozpoczął to spotkanie z energią, której tak bardzo brakowało w poprzednich meczach. Eric Lockett trafił dwie trójki, obrona działała, piłka krążyła to wyglądało jak dobrze naoliwiona maszyna. W pierwszej kwarcie gospodarze nie popełnili ani jednej straty, a taka dyscyplina od razu przyniosła efekty 26-16 po 10 minutach gry. MKS wyglądał na ospały, obrona nie nadążała, a podopieczni trenera Szablowskiego szybko zaczęli łapać faule.

Druga kwarta to przebudzenie Ronald’a Curry’ego Jr., który odważnie atakował obręcz i wymuszał kolejne przewinienia. Przez moment zrobiło się nerwowo przy stanie 36-28 Anwil złapał zadyszkę, ale błyskawiczna trójka Michała Michalaka ostudziła zapał gości. Zespół z Dąbrowy w końcówce połowy stracił chłodną głowę. Nerwowe decyzje, faul techniczny i frustracja widoczna gołym okiem to nie był ten poukładany MKS z poprzednich kolejek. Do przerwy Anwil prowadził 46-33, grając konsekwentnie i przede wszystkim zespołowo. Warto podkreślić: Luther Muhammad został praktycznie wyłączony z gry 0/3 z gry, nie miał żadnego wpływu na ofensywę.Po przerwie gospodarze kontrolowali wydarzenia na parkiecie. W pewnym momencie było już 57-42 i wyglądało, że Włocławianie mają to spotkanie pod pełną kontrolą, ale wtedy MKS w końcu zaczął trafiać, kilka rzutów z dystansu, trochę odwagi i z 15 punktów przewagi zostało tylko 6. Goście poczuli krew, a Anwil na chwilę przysnął. Po trzech kwartach było 65-59, i widmo nerwowej końcówki zajrzało do Hali Mistrzów.

Czwarta kwarta pokazała różnicę między drużyną, która chce, a tą, która wie jak. MKS walczył, Adrian Bogucki robił swoje pod koszem, ale to było za mało. Anwil miał odpowiedź na wszystko Isaiah Mucius cicho, ale skutecznie zebrał 17 punktów, imponował swoją fizycznością, a Nijal Pearson (13 pkt) trafiał wtedy, gdy drużyna najbardziej go potrzebowała. Rottweilery wygrały pewnie 89-78, grając mądrze i dojrzale, co w ostatnich tygodniach wcale nie było oczywiste. Jedyny minus? Rzuty wolne. 16/27 z linii to wynik, który może boleć w ważniejszych meczach, ale poza tym pełna kontrola. Anwil zagrał zespołowo, zatrzymał liderów MKS-u (Curry + Muhammad razem tylko 22 pkt) i wrócił na właściwe tory. Jeszcze co do najlepszych Mate Vučic, który kończył akcje z bliska, dobrze ustawiał się do zbiórek i wygrywał niektóre starcia z Adrianem Boguckim, choć ten wciąż próbował swoich firmowych haków i zdobył w tym spotkaniu 15 pkt. Mimo to obecność Chorwata na parkiecie dawała Anwilowi spokój i balans między obroną a atakiem.

Anwil w końcu wygląda jak Anwil, a nie jak zbieranina przypadkowych graczy z hali obok. Kożan spokojny, jakby miał wszystko pod kontrolą. Lockett trafiał a Mucius znowu jak cień niby cicho, ale zabił mecz. No i Vučic… chłop zagrał świetny występ, wyszedł na boisko i stwierdził: dobra, czas na robotę 12 punktów, 11 zbiórek i zero pajacowania tylko te rzuty wolne... MKS? Widać, że Szabla ma pomysł, tylko czasem jego ludzie wyglądają, jakby zapomnieli, że trzeba grać 40 minut, nie 28. Muhammad gdzieś na spacerze, Curry jakby szukał Ubera do Dąbrowy, a Bogucki sam nie zrobi wszystkiego. Za to Mucius cichy killer. Jak on się rozkręci na dobre, to w Hali Mistrzów znowu będą mówić o medalach, a nie o „procesie”. Włocławek żyje. I w końcu wygląda jak Anwil.

Miasto Szkła Krosno 85-105 Energa Trefl Sopot

Trefl zrobił swoje - brązowy medalista bez litości dla beniaminka

Czasami w sporcie nie ma miejsca na sentymenty Trefl Sopot przyjechał do Krosna i zrobił dokładnie to, co powinien zrobić z beniaminkiem czyli zdominował. Bez fajerwerków, bez dramatów, po prostu pełna kontrola od pierwszej do ostatniej minuty.

Sopocianie od początku narzucili tempo, którego gospodarze nie byli w stanie utrzymać. Już po kilku minutach było 23-10, a Trefl grał jak dobrze nastrojona orkiestra. Zespół Mikko Larkasa nie forsował gry wszystko płynęło, piłka chodziła, a gospodarze gubili się w defensywie. To był koszykarski profesjonalizm w czystej postaci: wykonać zadanie, zanim rywal pomyśli, że może walczyć. Gospodarze próbowali coś ugrać, szczególnie dzięki energii swoich obcokrajowców. Javontae Hopkins i Leemet Bockler mieli momenty, które mogły się podobać, ale Trefl nawet na chwilę nie stracił kontroli mimo, że było blisko.

Po przerwie było już po wszystkim. Trefl dał pokaz gry zespołowej - Scruggs, Cowels, Suurorg, każdy z nich wiedział kiedy jest jego moment. Wpadło wszystko, co miało wpaść, tablica w hali w Krośnie po dwudziestu minutach pokazywała 86-61. To był moment, w którym chyb nawet najbardziej zagorzali kibice Krosna zrozumieli, że „tu już po zawodach”. Ostatnia kwarta należała co prawda do gospodarzy (24-19), ale to była kosmetyka wyniku. Trefl wygrał 105-85, grając z luzem, energią i pełną kontrolą. Kasper Suurorg potwierdził, że potrafi prowadzić ofensywę z chłodną głową 17 punktów i kilka momentów, w których wyglądał jak generał na parkiecie. Cowels (16) i Scruggs (14) robili swoje, a Mikołaj Witliński (14 pkt, 5 zb) udowodnił, że jest w formie i coraz pewniej czuje się w roli filaru podkoszowego. Z kolei w Krośnie… cóż, próbowali. Hopkins walczył (18 pkt), ale brakowało koncepcji i spójności. Nowy nabytek, Maurice Watson, zanotował 6 punktów szału nie było, ale pierwszy mecz można mu wybaczyć. Trener Edmunds Valeiko z pewnością ma pomysł, tylko na razie trudno go dostrzec w natłoku strat i niecelnych rzutów.

Trefl przyjechał, zobaczył i zrobił robotę. Gospodarze próbowali, ale wyglądało to jak uczniowie na korepetycjach z profesorem Larkasem coś tam notują, coś rozumieją, ale wynik praktycznie znany już przed ostatnią kwartą. Suurorg spokojny, Scruggs punktował jak maszynka, a Cowels? Elegancja bez nadęcia. Witliński znowu zrobił swoje, a w Krośnie? Spokojnie panowie, jeszcze przyjdą mecze na waszym poziomie. Na razie solidna lekcja od medalisty.

King Szczecin 97-72 Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski

Królewski pokaz mocy - nawet bez Novaka King zagrał koncertowo

King Szczecin, mimo braku swojego generała Jovana Novaka, pokazał w Netto Arenie, że potrafi grać jak prawdziwy zespół. Zastąpili go znakomicie Przemysław Żołnierewicz i Jeremy Roach, którzy wzięli na siebie ciężar prowadzenia gry i zrobili to z klasą.

Pierwsza kwarta zapowiadała twarde granie, niewielka różnica punktowa, jednak w drugiej odsłonie King wrzucił wyższy bieg. Na czele ofensywy stanął Jeremy Roach, który tylko w tej części meczu zdobył 15 punktów, grał z pewnością i luzem, jakby Netto Arena była jego własnym boiskiem. Obok niego Przemysław Żołnierewicz lider z polskim paszportem rozkręcał akcje, napędzał kolegów, pracował w obronie i dyktował tempo jak prawdziwy rozgrywający. Stal próbowała odpowiadać głównie przez Trentona Gibsona i Daniela Gołębiowskiego, ale ich pojedyncze błyski nie wystarczyły. King wyglądał na zespół, który po prostu wie, co chce grać. Moment symboliczny? Rzut Roacha zza połowy na koniec pierwszej połowy.

Druga połowa była już tylko formalnością. King dominował w każdym aspekcie fizycznie, taktycznie i mentalnie. Nemanja Popović rządził pod koszem, a Max Egner walczył o każdą piłkę, robiąc cichą, ale piekielnie ważną robotę. Anthony Roberts przypomniał publiczności, dlaczego jest jednym z najbardziej widowiskowych graczy ligi efektowne wsady, pewność siebie i energia, która niosła cały zespół.

Goście? Bez rytmu, bez planu i bez ławki. Ofensywa Stali ograniczyła się właściwie do trzech nazwisk: Gołębiowski, Gibson i Laster. Walczyli, ale to była walka z falą a ta fala miała nazwę „King”. To zwycięstwo pokazało, że King Szczecin to drużyna z charakterem i głębią składu. Nawet bez swojego lidera zagrała dojrzale, z energią i pełną kontrolą. Zespół trenera Majcherka wyglądał na świetnie przygotowany fizycznie i mentalnie a przy tym wciąż widać, że ten potencjał jeszcze nie został do końca wykorzystany. Stal z kolei znów udowodniła, że ma ogromne problemy z organizacją gry i skutecznością.

Najlepsi na parkiecie:

Jeremy Roach (King) - 24 pkt, 3 as, showman wieczoru.

Przemysław Żołnierewicz (King) - 16 pkt, 7 zb, 6 as, lider z krwi i kości.

Anthony Roberts (King) - 13 pkt, 4 zb, 2 as.

Daniel Gołębiowski (Stal) - 15 pkt, 5 zb, nie odpuszczał.

King bez Novaka? A kogo to obchodziło. Roach latał jak po Red Bullu, Żołnierewicz miał wizję jak w PlayStation, a Stal wyglądała jak konsola bez prądu. Egner wyrywał zbiórki jak kupony rabatowe, Roberts wsadzał jakby miał personalny zakaz lay-upów, a trener Majcherek tylko kiwał głową bo wiedział, że to jego show. W Ostrowie znowu dym, w Szczecinie spokój i kontrola.