RZUTZA3.PL PLKO-WILCZYM-SEZONIE-SLOW-KILKA
O wilczym sezonie słów kilka...
22/05/2025 14:15
Stało się. King Szczecin w wyniku porażki w serii z Treflem Sopot (3:1) kończy swój udział w obecnym sezonie PLK z dala od klasyfikacji medalowej. Pasmo nieszczęść i rozczarowań jakim był dla szczecinian ten sezon właśnie postawiło kropkę nad i. Kropkę nad i, która była równie emocjonująca dla fanów, jak i cały sezon (nie była). Od połowy sezonu tak naprawdę w grze została silna nadzieja, i tylko nadzieja, bo wszystko inne obumarło.
Miało być inaczej
Miało być inaczej
Na samym starcie ten sezon się kompletnie nie zapowiadał na taką porażkę, wręcz przeciwnie - skład na papierze wyglądał co najmniej bardzo dobrze. Drużyna na sezon 2024/25 zapowiadała się naprawdę genialnie - do składu pełnego dobrych rzucających z generałem Mazurczakiem na czele dołączył znany wszystkim w Polsce świetny Aleksander Dziewa, a na centra wskoczył atletyczny, uśmiechnięty i silny Chad Brown. Nawet mimo porażki w Superpucharze Polski z WKS Śląskiem Wrocław drużyna wydawała się mieć ząb, charakter i umiejętności. Po prostu tym razem nie wyszło. Wydawało się, że szczecinianie mają wszelkie argumenty aby walczyć o trofea, bo faktycznie mieli. Z czasem jednak, wszystko zaczęło się psuć. Listopad i grudzień poprzedniego roku to przede wszystkim dwa kluczowe momenty dla dalszego rozwoju sytuacji - najpierw kontuzja Andy'ego Mazurczaka związana z ACL-em po zderzeniu na treningu z Chadem Brownem a potem... o ironio - Chad Brown rozwiązuje kontrakt, w tchórzliwy sposób uciekając do Grecji, skąd notabene również szybko uciekł. Można by rzec, że Chad Brown na przestrzeni dwóch miesięcy zostawił Kinga bez nominalnego rozgrywającego, oraz bez centra. Listopad to też czas w którym King pozyskuje czwartego wówczas zawodnika obwodowego - Isaiaha Whiteheada. Szybko na wierzch wychodzą nowe problemy - żaden z trzech pozostałych graczy obwodowych w wyniku kontuzji Andy'ego nie był w stanie stać się prawdziwym rozgrywającym, takim jakiego drużyna ta potrzebowała. To doprowadziło do wielu niepotrzebnych porażek, chaosu w grze i pierwszych zmartwień co do dalszej części sezonu. Mimo tego, że w sylwestra ogłoszony został transfer Jovana Novaka, transfer który okazał się strzałem w 10-tke, bowiem gracz ten okazał się remedium na problemy związane z brakiem rozgrywającego, to problem z centrem dalej nie został rozwiązany, a jak się potem okazało, nie był to ostatni problem z jakim mierzyć musiał się King. Niska, za niska ilość minut którą otrzymywał młody, świetny Szymon Wójcik spowodowały, że ten poprosił o wymianę. Wymiana doszła do skutku, i gdy Szymon Wójcik przeniósł swój talent do Zielonej Góry, do Szczecina powrócił... Maciej Żmudzki. Żmudzki który choć jest centrem, to nie takim którego King poszukiwał, a już totalnie nie takim, jakiego trener Miłoszewski by używał. Dalszy brak wysokiego gracza, oddanie cennego zawodnika za brak wartości dodanej do składu, a potem dodanie do składu graczy takich jak Adam Brenk czy Mustapha Heron, których równo dobrze mogłoby w klubie nie być, to już poważne problemy. W międzyczasie te problemy spowodowały trzecią porażkę w finale z rzędu, bowiem King przegrał finał Pucharu Polski z Górnikiem Wałbrzych. Pod koniec sezonu nastąpił jednak długo wyczekiwany transfer, który sprowadził do Szczecina centra. Marcus Lee zawitał w Szczecinie jako ten, na którego wszyscy czekali. Co było dalej jednak wszyscy wiemy. Jedno wielkie rozczarowanie.
Na samym starcie ten sezon się kompletnie nie zapowiadał na taką porażkę, wręcz przeciwnie - skład na papierze wyglądał co najmniej bardzo dobrze. Drużyna na sezon 2024/25 zapowiadała się naprawdę genialnie - do składu pełnego dobrych rzucających z generałem Mazurczakiem na czele dołączył znany wszystkim w Polsce świetny Aleksander Dziewa, a na centra wskoczył atletyczny, uśmiechnięty i silny Chad Brown. Nawet mimo porażki w Superpucharze Polski z WKS Śląskiem Wrocław drużyna wydawała się mieć ząb, charakter i umiejętności. Po prostu tym razem nie wyszło. Wydawało się, że szczecinianie mają wszelkie argumenty aby walczyć o trofea, bo faktycznie mieli. Z czasem jednak, wszystko zaczęło się psuć. Listopad i grudzień poprzedniego roku to przede wszystkim dwa kluczowe momenty dla dalszego rozwoju sytuacji - najpierw kontuzja Andy'ego Mazurczaka związana z ACL-em po zderzeniu na treningu z Chadem Brownem a potem... o ironio - Chad Brown rozwiązuje kontrakt, w tchórzliwy sposób uciekając do Grecji, skąd notabene również szybko uciekł. Można by rzec, że Chad Brown na przestrzeni dwóch miesięcy zostawił Kinga bez nominalnego rozgrywającego, oraz bez centra. Listopad to też czas w którym King pozyskuje czwartego wówczas zawodnika obwodowego - Isaiaha Whiteheada. Szybko na wierzch wychodzą nowe problemy - żaden z trzech pozostałych graczy obwodowych w wyniku kontuzji Andy'ego nie był w stanie stać się prawdziwym rozgrywającym, takim jakiego drużyna ta potrzebowała. To doprowadziło do wielu niepotrzebnych porażek, chaosu w grze i pierwszych zmartwień co do dalszej części sezonu. Mimo tego, że w sylwestra ogłoszony został transfer Jovana Novaka, transfer który okazał się strzałem w 10-tke, bowiem gracz ten okazał się remedium na problemy związane z brakiem rozgrywającego, to problem z centrem dalej nie został rozwiązany, a jak się potem okazało, nie był to ostatni problem z jakim mierzyć musiał się King. Niska, za niska ilość minut którą otrzymywał młody, świetny Szymon Wójcik spowodowały, że ten poprosił o wymianę. Wymiana doszła do skutku, i gdy Szymon Wójcik przeniósł swój talent do Zielonej Góry, do Szczecina powrócił... Maciej Żmudzki. Żmudzki który choć jest centrem, to nie takim którego King poszukiwał, a już totalnie nie takim, jakiego trener Miłoszewski by używał. Dalszy brak wysokiego gracza, oddanie cennego zawodnika za brak wartości dodanej do składu, a potem dodanie do składu graczy takich jak Adam Brenk czy Mustapha Heron, których równo dobrze mogłoby w klubie nie być, to już poważne problemy. W międzyczasie te problemy spowodowały trzecią porażkę w finale z rzędu, bowiem King przegrał finał Pucharu Polski z Górnikiem Wałbrzych. Pod koniec sezonu nastąpił jednak długo wyczekiwany transfer, który sprowadził do Szczecina centra. Marcus Lee zawitał w Szczecinie jako ten, na którego wszyscy czekali. Co było dalej jednak wszyscy wiemy. Jedno wielkie rozczarowanie.

Końcówka sezonu i seria z Treflem Sopot
Końcówka sezonu i seria z Treflem Sopot
Końcówka sezonu w wykonaniu Kinga była fatalna. Porażka z późniejszym spadkowiczem - PGE Spójnią Stargard, porażka z BM Stalą Ostrów Wielkopolski, porażka z Anwilem który właściwie grał już o pietruszkę, i porażka z Legią. Przełożyło się to w dość oczywisty sposób na ich pozycję w tabeli, bowiem bohaterzy tego artykułu ześlizgnęli się do fazy play-in. Tam czekał na nich WKS Śląsk Wrocław, który jednak kończył właśnie równie, jak nie bardziej fatalny sezon. W hali przy ul. Twardowskiego King zatriumfował, pokazując się wyjątkowo z naprawdę dobrej, ciekawej strony. W grze było widać przede wszystkim więcej poukładania, a mniej chaosu. Nowy generał Novak, zaktywizowany Aleksander Dziewa i obwodowi wykorzystywani nieco bardziej jak zadaniowcy przynieśli efekty. Efekty, które zaraz musiały zostać użyte przeciwko mistrzom Polski, Treflowi Sopot. Jak wiemy, "nie pykło". Trefl Kinga zmiażdzył, i choć pierwszy mecz King by raczej zwyciężył gdyby nie ordynarne błędy sędziowskie, toteż nie ma co się oszukiwać. Trefl od Kinga był po prostu lepszy. Ostatni mecz niestety pokazał, jak wielka była to różnica klas. Obrona schrödingera, słaba skuteczność z gry (a i nawet w rzutach osobistych), krótka rotacja - wszystko to przez Trefla było wykorzystywane bez większych problemów, szczególnie w drugiej połowie meczu nr 4. I choć nie ma co się łudzić, że drużyna ta po tylu zawirowaniach w składzie i tak wątpliwych transferach mogła walczyć o coś więcej, to można pokusić się o stwierdzenie, że w drużynie siadła przede wszystkim psychika, która po tylu testach musiała końcu siąść. 24 punkty w plecy w meczu o życie? Zdecydowanie nie chodziło tu jedynie o różnice umiejętności. I choć nie dotyczyło to wszystkich zawodników - nie można bowiem takich słów użyć wobec chociażby Olka Dziewy, Przemka Żołnierewicza czy Jovana Novaka, tak szczególnie amerykańska rotacja na tym polu wydawała się zawodzić.
Końcówka sezonu w wykonaniu Kinga była fatalna. Porażka z późniejszym spadkowiczem - PGE Spójnią Stargard, porażka z BM Stalą Ostrów Wielkopolski, porażka z Anwilem który właściwie grał już o pietruszkę, i porażka z Legią. Przełożyło się to w dość oczywisty sposób na ich pozycję w tabeli, bowiem bohaterzy tego artykułu ześlizgnęli się do fazy play-in. Tam czekał na nich WKS Śląsk Wrocław, który jednak kończył właśnie równie, jak nie bardziej fatalny sezon. W hali przy ul. Twardowskiego King zatriumfował, pokazując się wyjątkowo z naprawdę dobrej, ciekawej strony. W grze było widać przede wszystkim więcej poukładania, a mniej chaosu. Nowy generał Novak, zaktywizowany Aleksander Dziewa i obwodowi wykorzystywani nieco bardziej jak zadaniowcy przynieśli efekty. Efekty, które zaraz musiały zostać użyte przeciwko mistrzom Polski, Treflowi Sopot. Jak wiemy, "nie pykło". Trefl Kinga zmiażdzył, i choć pierwszy mecz King by raczej zwyciężył gdyby nie ordynarne błędy sędziowskie, toteż nie ma co się oszukiwać. Trefl od Kinga był po prostu lepszy. Ostatni mecz niestety pokazał, jak wielka była to różnica klas. Obrona schrödingera, słaba skuteczność z gry (a i nawet w rzutach osobistych), krótka rotacja - wszystko to przez Trefla było wykorzystywane bez większych problemów, szczególnie w drugiej połowie meczu nr 4. I choć nie ma co się łudzić, że drużyna ta po tylu zawirowaniach w składzie i tak wątpliwych transferach mogła walczyć o coś więcej, to można pokusić się o stwierdzenie, że w drużynie siadła przede wszystkim psychika, która po tylu testach musiała końcu siąść. 24 punkty w plecy w meczu o życie? Zdecydowanie nie chodziło tu jedynie o różnice umiejętności. I choć nie dotyczyło to wszystkich zawodników - nie można bowiem takich słów użyć wobec chociażby Olka Dziewy, Przemka Żołnierewicza czy Jovana Novaka, tak szczególnie amerykańska rotacja na tym polu wydawała się zawodzić.

Co dalej?
Co dalej?
Przed Kingiem Szczecin ciężki okres, bowiem już teraz muszą określić w którym kierunku będą szli. Kompletna przebudowa, czy tylko małe "adjustmenty"? Czy trenerem pozostanie Arkadiusz Miłoszewski? Czy uda się zachować trzon zespołu? Tego nie wiemy, a od tego zależy jednak wszystko. Jedno jest pewne - nie wszystko stracone, i z obecnym trzonem da się jeszcze walczyć o najwyższe cele. Błędy przy transferach były "dziwne". Alarmować mogły one o tym, że coś w procesie budowania drużyny było inne niż rok czy dwa lata temu. Jeśli jednak ktoś ma wyciągać z takich rzeczy wniosek, a potem budować na podstawie tych wniosków lepszą drużynę - to właśnie prezes Król z trenerem Miłoszewskim w duecie. Problem jest jednak z zachowaniem tego duetu, sam trener Miłoszewski na konferencji zasugerował, że przyszłość tej współpracy leży w rękach prezesa Króla. Czas pokaże, oby jak najprędzej dla zespołu [jeszcze] wicemistrza Polski, dla którego następny sezon musi być lepszy.
Przed Kingiem Szczecin ciężki okres, bowiem już teraz muszą określić w którym kierunku będą szli. Kompletna przebudowa, czy tylko małe "adjustmenty"? Czy trenerem pozostanie Arkadiusz Miłoszewski? Czy uda się zachować trzon zespołu? Tego nie wiemy, a od tego zależy jednak wszystko. Jedno jest pewne - nie wszystko stracone, i z obecnym trzonem da się jeszcze walczyć o najwyższe cele. Błędy przy transferach były "dziwne". Alarmować mogły one o tym, że coś w procesie budowania drużyny było inne niż rok czy dwa lata temu. Jeśli jednak ktoś ma wyciągać z takich rzeczy wniosek, a potem budować na podstawie tych wniosków lepszą drużynę - to właśnie prezes Król z trenerem Miłoszewskim w duecie. Problem jest jednak z zachowaniem tego duetu, sam trener Miłoszewski na konferencji zasugerował, że przyszłość tej współpracy leży w rękach prezesa Króla. Czas pokaże, oby jak najprędzej dla zespołu [jeszcze] wicemistrza Polski, dla którego następny sezon musi być lepszy.