RZUTZA3.PL PLKRAPORT-Z-KUJAW-WIEM-ZE-NIE-ZMIENILO-SIE-NIC

Raport z Kujaw - Wiem, że nie zmieniło się nic

16/03/2026 11:01
fot. Andrzej Romański/plk.pl

W obecnej sytuacji Anwilu Włocławek trudno nie pomyśleć o słynnym zdaniu przypisywanym Sokratesowi: „wiem, że nic nie wiem”. U filozofa była to oznaka intelektualnej pokory świadomość, że im więcej rozumiemy, tym więcej pozostaje jeszcze do odkrycia. Patrząc jednak na to, co w ostatnich tygodniach dzieje się wokół Anwilu, mam zupełnie inną refleksję. Bardziej gorzką i znacznie mniej filozoficzną. Wiem, że nie zmieniło się nic. I właśnie o tym jest ten tekst.

Moment, który miał wszystko zmienić

Żeby zrozumieć, skąd bierze się ten wniosek, trzeba wrócić do lutego - momentu, w którym Anwil nie awansował do turnieju o Puchar Polski. Dla klubu z takimi ambicjami nie było to drobne potknięcie, tylko wyraźna rysa na pierwszej części sezonu. Drużyna z Włocławka miała wtedy bilans 11-9. Teoretycznie wciąż nic nie było stracone. Z drugiej strony jak na zespół o takim budżecie i takich celach było to zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Dlatego przed meczem z Legią Warszawa zapytałem Michała Kołodzieja, czy właśnie brak awansu do Pucharu Polski był momentem, w którym drużyna powiedziała sobie w szatni: dalej tak być nie może.

- To był ważny moment i było to czuć już od pierwszego treningu po przerwie. Brak awansu do Pucharu Polski można uznać w kategorii porażki - dla nas i dla klubu. Został pewien niesmak, że nie dowieźliśmy pracy, którą mieliśmy wykonać. Puchar Polski mógł być szansą na walkę o trofeum, a tak naprawdę sami nie daliśmy sobie tej możliwości. Oczywiście jeden czy dwa mecze zaważyły na tym, że w tym pucharze nie zagraliśmy, ale od pierwszego treningu po przerwie kadrowej było czuć zmianę w nastawieniu zawodników. Paradoksalnie brak gry w Pucharze Polski może dla nas jeszcze przynieść coś dobrego - mówił Michał Kołodziej.

Cały wywiad --> Link

Link

Słowa o zmianie nastawienia brzmiały wtedy sensownie. Brak Pucharu Polski miał być impulsem, który obudzi drużynę przed najważniejszą częścią sezonu. Problem w tym, że na parkiecie tej zmiany nie widać.

fot. Andrzej Romański/plk.pl

Stary Anwil

Pierwszym testem po tej przerwie był mecz z Legią Warszawa w Hali Mistrzów. We Włocławku panowało wtedy przekonanie, że najgorsze jest już za drużyną. Był czas na treningi, był czas na korekty, był moment na reset. Na początku spotkania była energia, pojawiło się kilka dobrych akcji w ataku. Przez moment można było odnieść wrażenie, że drużyna rzeczywiście zrobiła krok do przodu po przerwie. Problem w tym, że ten obraz bardzo szybko zaczął się rozpadać.

Zaczęły się straty, zaczęły się proste błędy, w obronie pojawiły się dziury, które Legia zaczęła wykorzystywać z bezlitosną konsekwencją. Warszawianie trafiali trójki seriami, często z zupełnie wolnych pozycji, bo zawodnicy trenera Ronena Ginzburga zostawiali im zdecydowanie za dużo przestrzeni. Momentami wyglądało to tak, jakby ofensywa Legii po prostu bawiła się grą przeciwko obronie Anwilu. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 56-46 dla gości. Stracić 56 punktów w jednej połowie na własnym parkiecie to nie jest statystyka, która może budować spokój wśród kibiców.

Nadzieja, która znowu zgasła

W drugiej połowie pojawił się jednak moment, który na chwilę przywrócił emocje w Hali Mistrzów. Na sześć minut przed końcem spotkania, po rzucie Isiaha Muciusa, Legia prowadziła już tylko 77-70. Przez kilka minut warszawianie nie potrafili zdobyć punktów. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby mecz jeszcze mógł się odwrócić. I właśnie w takich momentach wraca największy problem tego sezonu. Im bliżej Anwil jest rywala, tym częściej coś się rozsypuje. Legia bardzo szybko znalazła odpowiedź. Po jednej z trójek Andrzeja Pluty przewaga znów urosła do ośmiu punktów i w praktyce zamknęła to spotkanie. Ostatecznie warszawianie wygrali we Włocławku 91-83.

I w tym miejscu wracamy do problemu, który przewija się przez cały sezon: obrona. Drużyna, która chce myśleć o poważnym graniu w play-offach, nie może pozwalać rywalowi zdobywać 56 punktów w jednej połowie na własnym parkiecie. Nie może zostawiać strzelców samych na obwodzie i liczyć, że przeciwnik w końcu sam przestanie trafiać.

A kilka dni później? Powtórka, Anwil przegrał ze Startem 97-91, a przebieg spotkania znów przypominał to, co widzieliśmy wcześniej. Pojawił się moment odrabiania strat, pojawiła się nadzieja na powrót do meczu, ale po raz kolejny zabrakło stabilności przede wszystkim w defensywie, słaba obrona w akcjach jeden na jeden i nie tylko. Bo jeśli w dwóch kolejnych meczach tracisz 91 i 97 punktów, to trudno mówić o przypadkach. To nie jest kwestia jednego słabszego dnia. To jest sygnał, że z obroną tej drużyny coś zwyczajnie nie działa.

Po meczu w Lublinie kapitan zespołu Michał Michalak mówił zresztą wprost:

- Zagraliśmy dobrą drugą połowę, ale pierwsza połowa była bardzo słaba w naszym wykonaniu. Mieliśmy problem właściwie z tym samym co w ostatnim spotkaniu z obroną i z energią. Lublin wyszedł na prowadzenie, grając bardzo szybką koszykówkę.

I tu pojawia się refleksja, która w marcu powinna trochę niepokoić. Bo jeśli po kolejnym meczu znów słyszymy o tych samych błędach w obronie, o braku energii i o problemach z reagowaniem na tempo rywala, to trudno oprzeć się wrażeniu, że ta drużyna wciąż próbuje rozwiązywać problemy, które powinna mieć dawno za sobą.

Sezon zaczął się w październiku.

Dziś mamy marzec.

Do końca rundy zasadniczej zostały dwa miesiące. Jeśli więc wciąż mówimy o tym, że trzeba poprawić obronę, że trzeba znaleźć energię i ograniczyć te same błędy, to trudno nie zadać jednego pytania: kiedy właściwie ta drużyna ma się tego nauczyć? Bo na tym etapie sezonu nie powinno się już mówić o nauce podstawowych rzeczy. Na tym etapie powinno się je po prostu robić.

fot. Andrzej Romański/plk.pl

Czasu jest coraz mniej

Po tych dwóch porażkach bilans Anwilu wynosi już 11-11. Można oczywiście mówić o fragmentach, o momentach, o przebłyskach, tylko że w sporcie zawodowym nikt nie rozlicza zespołu z fragmentów. Sponsorów, kibiców i obserwatorów interesuje wynik końcowy, a ten po powrocie do gry jest brutalnie prosty i wynosi on 0-2. Trener Ronen Ginzburg pracuje z zespołem już trzeci miesiąc i trudno dziś powiedzieć, że nastąpił wyraźny przełom. Anwil wciąż gra nierówno, wciąż bez dobrej defensywy. W niedzielę klub ogłosił jeszcze jeden ruch kadrowy - do zespołu dołączył Ife Josh Ajayi. Jedni uważają, że to reakcja spóźniona i że sezon zaczął wymykać się spod kontroli już wcześniej. Inni zwracają uwagę, że brak jakiejkolwiek reakcji byłby jeszcze gorszym sygnałem.

Jedno jest jednak pewne: Anwil znalazł się dziś w bardzo trudnym miejscu. Dwie porażki po przerwie sprawiły, że zamiast mówić o powrocie do formy, znów rozmawiamy o tych samych problemach - braku stabilności, braku energii i przede wszystkim o obronie, która w kluczowych momentach po prostu nie funkcjonuje.

I to jest dziś największy problem tego zespołu. Bo w marcu, gdy sezon zasadniczy wchodzi w decydującą fazę, drużyna z aspiracjami nie powinna wciąż wyglądać tak, jakby dopiero szukała swojej tożsamości. Na razie fakty są brutalnie proste: były nadzieje na zmianę po przerwie i są dwa kolejne mecze przegrane.

Jeśli ktoś po ostatnich tygodniach zadaje pytanie, co zmieniło się w Anwilu, odpowiedź pozostaje niepokojąco prosta.

Na razie nic.