RZUTZA3.PL PLKSTART-W-FINALE-PLK-PODSUMOWANIE-SERII-TREFLA-SOPOT-ZE-STARTEM-LUBLIN
Start w finale PLK! Podsumowanie serii Trefla Sopot ze Startem Lublin
07/06/2025 21:45
Koniec serii! Po pełnej, pięciomeczowej serii pomiędzy Treflem Sopot a Startem Lublin w finale Legii Warszawa stawi czoła ekipa Startu Lublin, co rzecz jasna skutkuje zesłaniem ekipy z Sopotu do walki z Anwilem Włocławek o brązowy medal. Niemniej jednak seria złożona z pięciu meczów w naszej rodzimej lidze to rarytas, którego nie można pominąć. Stąd też przyszła pora na podsumowanie całej serii.
Koniec serii! Po pełnej, pięciomeczowej serii pomiędzy Treflem Sopot a Startem Lublin w finale Legii Warszawa stawi czoła ekipa Startu Lublin, co rzecz jasna skutkuje zesłaniem ekipy z Sopotu do walki z Anwilem Włocławek o brązowy medal. Niemniej jednak seria złożona z pięciu meczów w naszej rodzimej lidze to rarytas, którego nie można pominąć. Stąd też przyszła pora na podsumowanie całej serii.
Początek serii
Początek serii
Do pierwszego meczu rozegranego w ERGO Arenie mistrzowie Polski podeszli zdecydowanie bardziej wypoczęci, po rozprawieniu się w bardzo sprawny sposób z Kingiem Szczecin w ćwierćfinale. Lublinianie natomiast po pięciomeczowej serii rozegranej przeciwko Czarnym Słupsk mieli zgoła cięższe zadanie. Długa podróż do Sopotu, jeden mecz odpoczynku mniej - to już całkiem dużo niedogodności po swojej stronie, z którymi ekipa Startu Lublin musiała się mierzyć. Ot zdziwienie, bowiem pierwszy mecz w Sopocie zdecydowanie zwyciężył Start. Niesamowita dyspozycja Manu Lecomte, Tevina Browna i Courtneya Rameya szczególnie zza łuku przy nieproporcjonalnej dyspozycji zawodników gospodarzy przeważył o blowoucie. 81-100 dla ekipy Startu Lublin, i to Trefl Sopot musiał nadganiać wynik. W tym są jednak nieźli - nie trzeba przecież przypominać nikomu o zeszłorocznych finałach, dlatego ta dość dotkliwa porażka nie zaważyła o ogólnych szansach sopocian w walce o finał Orlen Basket Ligi. Drugi mecz był już całkowicie inny, a lublinianie którym tym razem nie udało się zdominować Trefla trójkami dostali aż 16-stopunktową odprawę od Trefla, z którą musieli jechać do Lublina przy stanie serii 1:1. Co do tej pory było widoczne gołym okiem? Wysokie uzależnienie wyniku Startu od dyspozycji zza łuku, a także niezwykłą nierównowagę w zbiórkach na korzyść Trefla. Sami Aaron Best, Nick Johnson i Jarosław Zyskowski mieli łącznie o jedną zbiórkę mniej niż cała ekipa za którą podąża lubelska ferajna. Obie drużyny jadąc na mecze 3 i 4 do Lublina wiedziały co muszą zrobić - Trefl poprawić swoją celność zza łuku, liczbę strat oraz fauli, a Start musiał ustabilizować swoją formę rzutową i zaleczyć ogromną przepaść w zbiórkach.
Do pierwszego meczu rozegranego w ERGO Arenie mistrzowie Polski podeszli zdecydowanie bardziej wypoczęci, po rozprawieniu się w bardzo sprawny sposób z Kingiem Szczecin w ćwierćfinale. Lublinianie natomiast po pięciomeczowej serii rozegranej przeciwko Czarnym Słupsk mieli zgoła cięższe zadanie. Długa podróż do Sopotu, jeden mecz odpoczynku mniej - to już całkiem dużo niedogodności po swojej stronie, z którymi ekipa Startu Lublin musiała się mierzyć. Ot zdziwienie, bowiem pierwszy mecz w Sopocie zdecydowanie zwyciężył Start. Niesamowita dyspozycja Manu Lecomte, Tevina Browna i Courtneya Rameya szczególnie zza łuku przy nieproporcjonalnej dyspozycji zawodników gospodarzy przeważył o blowoucie. 81-100 dla ekipy Startu Lublin, i to Trefl Sopot musiał nadganiać wynik. W tym są jednak nieźli - nie trzeba przecież przypominać nikomu o zeszłorocznych finałach, dlatego ta dość dotkliwa porażka nie zaważyła o ogólnych szansach sopocian w walce o finał Orlen Basket Ligi. Drugi mecz był już całkowicie inny, a lublinianie którym tym razem nie udało się zdominować Trefla trójkami dostali aż 16-stopunktową odprawę od Trefla, z którą musieli jechać do Lublina przy stanie serii 1:1. Co do tej pory było widoczne gołym okiem? Wysokie uzależnienie wyniku Startu od dyspozycji zza łuku, a także niezwykłą nierównowagę w zbiórkach na korzyść Trefla. Sami Aaron Best, Nick Johnson i Jarosław Zyskowski mieli łącznie o jedną zbiórkę mniej niż cała ekipa za którą podąża lubelska ferajna. Obie drużyny jadąc na mecze 3 i 4 do Lublina wiedziały co muszą zrobić - Trefl poprawić swoją celność zza łuku, liczbę strat oraz fauli, a Start musiał ustabilizować swoją formę rzutową i zaleczyć ogromną przepaść w zbiórkach.
Mecze 3 i 4
Mecze 3 i 4
Mecze 3 i 4 w Lublinie to już nieco inne mecze, albowiem ekipy podjęły zdecydowaną walkę z wyżej wspomnianymi problemami jakie dokuczały im w dwóch pierwszych meczach tej serii. Startowi udało się podjąć rękawicę w zbiórkach... defensywnych. W ofensywnych natomiast dalej ogromna dziura na ich niekorzyść dawała sporo szans Treflowi. Szans, bo te - o ile stosunkowo spore, toteż niewykorzystywane na przełomowym poziomie. 51% skuteczności w rzutach za 2 to wynik średni. Nie zły, nie dobry - średni. A przeciwko rozpędzonemu Ousmane Drame, Manu Lecomte i Courtneyowi Rameyowi nie można pozwalać sobie na średnie wyniki rzutowe, albowiem ci tak jak w meczu nr 3 wykorzystają to na swoją korzyść, i uzyskają wynik 62% - naprawdę dobry. Różnica w skuteczności na odległości bliżej kosza a także wyjątkowo słaba skuteczność z rzutów osobistych sopocian spowodowały, że to lublinianie w hali Globus wywalczyli zwycięstwo na 1-2, co tym razem już stawiało Trefla pod ścianą. Ale Trefl jak to Trefl, wiele tej ekipie można zarzucić, ale na pewno nie brak charakteru. Mecz numer 4 był naprawdę bliski. Ba, doszło w nim nawet do dogrywki. Co jednak najważniejsze - rzutowo był to absolutnie fatalny mecz dla gospodarzy hali Globus. 3/22 za 3 to wynik absolutnie katastrofalny, który powinien być w playoffach karany jak tylko można. Trefl, choć sam na skuteczności bardzo dobrej - 42%, 11/26, tym razem miał inne problemy. Po pierwsze - znowu ogromna nieskuteczność rzutów osobistych. 60% z linii? No... nie najlepiej. Lublinianie również nie mieli fantastycznego meczu jeśli o to chodzi, 70% to już wynik w granicach akceptowalności, niemniej jednak dalej nie porywający. Sęk w tym, że gospodarze tych rzutów wykorzystali aż 26, podczas gdy goście jedynie 14. Do tego dużo więcej wypracowanych okazji rzutowych które finalnie kończyły się punktami dla Startu spowodowała... różnica w zbiórkach. Ta, choć na początku była zdecydowanie po stronie Trefla Sopot, tak teraz to lublinianie absolutnie zdemolowali ofensywne deski zbierając aż 17 razy, podczas gdy Trefl jedynie 5. Słabsza forma Geoffreya Groselle'a na deskach była tu kluczowym czynnikiem. Role się więc nieco obróciły - teraz to Trefl wygrywał w trójkach, a Start na deskach. I na deskach Start wylądował także po dogrywce, w której ostatecznie przegrał 93-95 i zmuszony był ponownie zjawić się w ERGO Arenie aby rozegrać ostatni, decydujący mecz serii o wejście do finału.
Mecze 3 i 4 w Lublinie to już nieco inne mecze, albowiem ekipy podjęły zdecydowaną walkę z wyżej wspomnianymi problemami jakie dokuczały im w dwóch pierwszych meczach tej serii. Startowi udało się podjąć rękawicę w zbiórkach... defensywnych. W ofensywnych natomiast dalej ogromna dziura na ich niekorzyść dawała sporo szans Treflowi. Szans, bo te - o ile stosunkowo spore, toteż niewykorzystywane na przełomowym poziomie. 51% skuteczności w rzutach za 2 to wynik średni. Nie zły, nie dobry - średni. A przeciwko rozpędzonemu Ousmane Drame, Manu Lecomte i Courtneyowi Rameyowi nie można pozwalać sobie na średnie wyniki rzutowe, albowiem ci tak jak w meczu nr 3 wykorzystają to na swoją korzyść, i uzyskają wynik 62% - naprawdę dobry. Różnica w skuteczności na odległości bliżej kosza a także wyjątkowo słaba skuteczność z rzutów osobistych sopocian spowodowały, że to lublinianie w hali Globus wywalczyli zwycięstwo na 1-2, co tym razem już stawiało Trefla pod ścianą. Ale Trefl jak to Trefl, wiele tej ekipie można zarzucić, ale na pewno nie brak charakteru. Mecz numer 4 był naprawdę bliski. Ba, doszło w nim nawet do dogrywki. Co jednak najważniejsze - rzutowo był to absolutnie fatalny mecz dla gospodarzy hali Globus. 3/22 za 3 to wynik absolutnie katastrofalny, który powinien być w playoffach karany jak tylko można. Trefl, choć sam na skuteczności bardzo dobrej - 42%, 11/26, tym razem miał inne problemy. Po pierwsze - znowu ogromna nieskuteczność rzutów osobistych. 60% z linii? No... nie najlepiej. Lublinianie również nie mieli fantastycznego meczu jeśli o to chodzi, 70% to już wynik w granicach akceptowalności, niemniej jednak dalej nie porywający. Sęk w tym, że gospodarze tych rzutów wykorzystali aż 26, podczas gdy goście jedynie 14. Do tego dużo więcej wypracowanych okazji rzutowych które finalnie kończyły się punktami dla Startu spowodowała... różnica w zbiórkach. Ta, choć na początku była zdecydowanie po stronie Trefla Sopot, tak teraz to lublinianie absolutnie zdemolowali ofensywne deski zbierając aż 17 razy, podczas gdy Trefl jedynie 5. Słabsza forma Geoffreya Groselle'a na deskach była tu kluczowym czynnikiem. Role się więc nieco obróciły - teraz to Trefl wygrywał w trójkach, a Start na deskach. I na deskach Start wylądował także po dogrywce, w której ostatecznie przegrał 93-95 i zmuszony był ponownie zjawić się w ERGO Arenie aby rozegrać ostatni, decydujący mecz serii o wejście do finału.
Mecz 5
Mecz 5
Do ERGO Areny lublinianie jechali bez jednego ze swoich najważniejszych zawodników, albowiem Tevin Brown z powodów rodzinnych musiał udać się do Stanów Zjednoczonych. Powodowało to w jednych lęk, szczególnie przed dyspozycją Startu zza łuku, której Tevin Brown był jednak filarem przez cały sezon, a w drugich powodowało to przede wszystkim duży skok wiary w to, że rozpędzona ekipa z Lublina będzie chciała wygrać to spotkanie dla Tevina. Nie ma co owijać w bawełne, ci "drudzy" mieli rację co do cna. I choć Jakub Schenk, lider ekipy z Sopotu, MVP finałów 2024 zagrał fenomenalny mecz (28 punktów, 7/9 za 3), toteż Start bez problemu pokonywał Trefla w każdej kwarcie, z wyjątkiem czwartej która była delikatnie na korzyść Trefla. Lublinianie wcale nie stali daleko od formy Trefla za 3, trafili bowiem jedynie trzy trójki mniej przy trzech próbach mniej. Tam gdzie Start jednak dominował była strefa podkoszowa. Tylko że w obronie. 12/36 (33%) za 2 w wykonaniu Trefla to wynik skandaliczny jak na mecz decydujący o finał. Manu Lecomte, Ousmane Drame i C.J. Williams tak słabego występu nie zaliczyli, rzucając na stabilnych 50% za 2. Poprawiła się także celność z linii rzutów osobistych, jednak z obu stron, co sprawia że te jak w poprzednich meczach stanowiły za +/- 10 punktów przewagi jednych nad drugimi, tak tutaj stanowiły za katalizator. Przez całą długość trwania 40-minutowego spotkania Start prowadził przez... 39 minut i 11 sekund, wygrywając finalnie wynikiem 72-79 i zapewniając sobie występ w wielkim finale PLK. Dla Trefla była to seria ciężka do wyciągnięcia jednoznacznych konkluzji - tam gdzie udało im się zaleczyć jedne problemy, tam pojawiały się nowe. Przed sopocianami natomiast jeszcze co najmniej dwa mecze z Anwilem Włocławek, w których będą mogli zadecydować, czy jest to jednak sezon spisany na straty, czy uda się wywalczyć choć brązowy medal. Lublinianie natomiast jako rewelacja i czarny koń tegorocznych playoffów również pokazali wiele problemów, z których zespół Legii Warszawa zapewne będzie korzystać. Problemy te to jednak czynniki głównie koszykówkowe, które w ważnych meczach finałowych często schodzą na drugi tor. Ekipa Startu pokazała bowiem przede wszystkim silny, niezłomny charakter, który pozwolił im na pokonanie mistrzów Polski i zapewnienie sobie co najmniej srebra. Obydwu ekipom życzę powodzenia w dalszych wojażach, zarówno w meczu o brązowy medal Treflowi Sopot, jak i w meczu o złoto Startowi Lublin.
Do ERGO Areny lublinianie jechali bez jednego ze swoich najważniejszych zawodników, albowiem Tevin Brown z powodów rodzinnych musiał udać się do Stanów Zjednoczonych. Powodowało to w jednych lęk, szczególnie przed dyspozycją Startu zza łuku, której Tevin Brown był jednak filarem przez cały sezon, a w drugich powodowało to przede wszystkim duży skok wiary w to, że rozpędzona ekipa z Lublina będzie chciała wygrać to spotkanie dla Tevina. Nie ma co owijać w bawełne, ci "drudzy" mieli rację co do cna. I choć Jakub Schenk, lider ekipy z Sopotu, MVP finałów 2024 zagrał fenomenalny mecz (28 punktów, 7/9 za 3), toteż Start bez problemu pokonywał Trefla w każdej kwarcie, z wyjątkiem czwartej która była delikatnie na korzyść Trefla. Lublinianie wcale nie stali daleko od formy Trefla za 3, trafili bowiem jedynie trzy trójki mniej przy trzech próbach mniej. Tam gdzie Start jednak dominował była strefa podkoszowa. Tylko że w obronie. 12/36 (33%) za 2 w wykonaniu Trefla to wynik skandaliczny jak na mecz decydujący o finał. Manu Lecomte, Ousmane Drame i C.J. Williams tak słabego występu nie zaliczyli, rzucając na stabilnych 50% za 2. Poprawiła się także celność z linii rzutów osobistych, jednak z obu stron, co sprawia że te jak w poprzednich meczach stanowiły za +/- 10 punktów przewagi jednych nad drugimi, tak tutaj stanowiły za katalizator. Przez całą długość trwania 40-minutowego spotkania Start prowadził przez... 39 minut i 11 sekund, wygrywając finalnie wynikiem 72-79 i zapewniając sobie występ w wielkim finale PLK. Dla Trefla była to seria ciężka do wyciągnięcia jednoznacznych konkluzji - tam gdzie udało im się zaleczyć jedne problemy, tam pojawiały się nowe. Przed sopocianami natomiast jeszcze co najmniej dwa mecze z Anwilem Włocławek, w których będą mogli zadecydować, czy jest to jednak sezon spisany na straty, czy uda się wywalczyć choć brązowy medal. Lublinianie natomiast jako rewelacja i czarny koń tegorocznych playoffów również pokazali wiele problemów, z których zespół Legii Warszawa zapewne będzie korzystać. Problemy te to jednak czynniki głównie koszykówkowe, które w ważnych meczach finałowych często schodzą na drugi tor. Ekipa Startu pokazała bowiem przede wszystkim silny, niezłomny charakter, który pozwolił im na pokonanie mistrzów Polski i zapewnienie sobie co najmniej srebra. Obydwu ekipom życzę powodzenia w dalszych wojażach, zarówno w meczu o brązowy medal Treflowi Sopot, jak i w meczu o złoto Startowi Lublin.