Superpuchar Polski 2026: dwóch finalistów już znamy. W Sosnowcu nie zabrakło emocji
Nowy sezon polskiej koszykówki oficjalnie wystartował w Sosnowcu, ale zanim na parkiecie pojawi się ligowa codzienność, cztery drużyny dostały okazję, by już na samym początku sięgnąć po pierwsze trofeum. Superpuchar Polski imienia Adama Wójcika po raz kolejny został rozegrany w formule turnieju finałowego, a sobotnie półfinały przyniosły dwa zupełnie różne spotkania. Legia Warszawa musiała odeprzeć bardzo mocny pościg Energi Trefla Sopot, a Zastal Zielona Góra wykorzystał swoją regularność i doświadczenie, by zatrzymać rozpędzone Dziki Warszawa. Oba mecze miały jednak wspólny mianownik: na tym etapie sezonu nie chodziło jeszcze o perfekcję. Chodziło o charakter, pierwsze automatyzmy, odpowiedzialność nowych zawodników i umiejętność zachowania chłodnej głowy wtedy, kiedy piłka zaczyna ważyć zdecydowanie więcej.
I właśnie dlatego te dwa półfinały warto czytać szerzej niż tylko przez pryzmat końcowego wyniku. Legia wygrała 93:89, Zastal 81:77, ale same cztery punkty różnicy nie mówią wszystkiego. Za tymi rezultatami kryją się dwie różne historie. Legia przez większą część spotkania kontrolowała wydarzenia, ale musiała wytrzymać napór Trefla w końcówce. Zastal zbudował przewagę dzięki cierpliwości i lepszej skuteczności, podczas gdy Dziki próbowały narzucić własne tempo i przez dużą część meczu robiły to bardzo skutecznie. W obu przypadkach o awansie nie zdecydowała jedna spektakularna akcja, ale seria małych szczegółów, które na początku sezonu często okazują się najważniejsze.
Legia Warszawa 93:89 Energa Trefl Sopot. Mistrz przetrwał najtrudniejszy moment
Pierwszy półfinał od początku miał w sobie dodatkowy ciężar. Po jednej stronie stanęła Legia Warszawa, aktualny mistrz Polski, po drugiej Energa Trefl Sopot, zdobywca Pucharu Polski. Legia chciała pokazać, że mimo zmian nadal potrafi funkcjonować na poziomie mistrzowskim, natomiast Trefl potrzebował dobrego wejścia w nowy sezon i odpowiedzi na pytanie, jak szybko nowy zespół będzie w stanie stworzyć własną tożsamość.
Legia rozpoczęła zdecydowanie lepiej. Pierwszą kwartę wygrała 25:14 i już wtedy było widać, że mistrzowie Polski chcą wykorzystać przewagę fizyczną oraz większą płynność w ataku. Warszawianie dobrze dzielili się piłką i skutecznie wykorzystywali grę w okolicach obręczy. Ostatecznie trafili 33 z 63 rzutów z gry, co dało 52 procent skuteczności. Jeszcze lepiej wyglądała gra za dwa punkty, gdzie Legia miała 23/39, czyli 59 procent.
Największą postacią po stronie mistrza Polski był György Golomán. Węgier zdobył 22 punkty i był jednym z najważniejszych elementów ofensywy Legii. Bardzo dobre spotkanie rozegrał również Devon Daniels, autor 18 punktów. To właśnie ten duet dał warszawianom jakość wtedy, gdy Trefl zaczął odrabiać straty. Ważny był także wkład ławki, która zdobyła 28 punktów przy 27 oczkach rezerwowych Trefla.
Sopocianie nie zamierzali jednak pozwolić, aby mecz został rozstrzygnięty już w pierwszych dziesięciu minutach. Drugą kwartę wygrali 26:21, a po przerwie nadal utrzymywali kontakt. Trefl poprawił intensywność i zaczął wykorzystywać swoje przewagi, dzięki czemu w czwartej kwarcie różnica była już naprawdę niewielka. Ostatecznie sopocianie wygrali ostatnią odsłonę 26:23, ale Legia zachowała wystarczająco dużo spokoju, by dowieźć zwycięstwo.

Ciekawie wygląda porównanie skuteczności. Trefl trafił 31 z 66 rzutów z gry, czyli 47 procent, a za trzy miał bardzo dobre 11/24, czyli 46 procent. Legia była jednak znacznie skuteczniejsza za dwa, trafiając 23 z 39 prób. Do tego warszawianie wykorzystali 17 z 21 rzutów wolnych, podczas gdy Trefl miał 16/23. W meczu zakończonym czterema punktami takie detale zaczynają mieć ogromne znaczenie.
Trefl może więc mieć niedosyt, ale jednocześnie pokazał charakter. Zespół, który po pierwszej kwarcie przegrywał jedenastoma punktami, potrafił wrócić do meczu i realnie zagrozić mistrzowi Polski. Problemem była przede wszystkim pierwsza faza spotkania. Legia zdobyła w tym czasie zbyt wiele łatwych punktów, a późniejsza pogoń kosztowała sopocian dużo energii.
Legia natomiast może być zadowolona przede wszystkim z odporności. Nie rozegrała perfekcyjnego spotkania i nie miała spokojnej końcówki, ale kiedy Trefl naciskał, warszawianie znajdowali odpowiedź. W pierwszym meczu o stawkę nowy skład pokazał więc coś niezwykle istotnego: potrafił wygrać również wtedy, gdy spotkanie przestało układać się po jego myśli.
Dziki Warszawa 77:81 Zastal Zielona Góra. Tempo kontra cierpliwość
Drugi półfinał był zupełnie inną historią. Dziki Warszawa przystępowały do Superpucharu po pierwszych meczach w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, więc miały już za sobą rywalizację o stawkę. Zastal wracał do Superpucharu po kilku latach jako wicemistrz Polski. Było to więc starcie zespołu napędzanego energią z drużyną, która chciała wykorzystać doświadczenie i kontrolować przebieg spotkania.
Zastal zaczął zdecydowanie lepiej. Pierwszą kwartę wygrał 21:14, a do przerwy utrzymywał siedem punktów przewagi. Dziki odpowiedziały po zmianie stron, podkręcając tempo i wykorzystując swoją największą broń, czyli przejście z obrony do ataku.
Tutaj kryje się jedna z najciekawszych statystyk całego spotkania. Dziki zdobyły aż 17 punktów z szybkiego ataku, podczas gdy Zastal miał ich tylko 7. Warszawianie zanotowali również 15 przechwytów przy 14 Zastalu i mieli aż 11 zbiórek ofensywnych. Ich energia i aktywność po bronionej stronie parkietu były więc bardzo wyraźne.

Zastal potrafił jednak ten chaos kontrolować. Zielonogórzanie zebrali 38 piłek przy 37 Dzików, a na własnej tablicy mieli przewagę 29:26. Nie była to dominacja, ale pozwalała ograniczyć liczbę dodatkowych posiadań przeciwnika. Również skuteczność przemawiała na ich korzyść. Zastal trafił 29 z 64 rzutów z gry, czyli 45 procent, przy 26/62 Dzików i 41 procentach skuteczności. Za trzy zielonogórzanie mieli 10/27, czyli 37 procent, natomiast Dziki 9/30, zaledwie 30 procent.
Jeszcze jedną różnicę stanowiły rzuty wolne. Zastal trafił 13 z 17 prób, czyli 76 procent, podczas gdy Dziki miały 16/25, co daje 64 procent. Co ciekawe, oba zespoły bardzo dobrze dzieliły się piłką. Dziki zakończyły spotkanie z 24 asystami, a Zastal z 25.
Po stronie Dzików najwięcej, Joseph Girard - 13 punktów, 12 , zdobył Quan Jackson. Zastal miał natomiast bardziej rozłożoną odpowiedzialność. 16 punktów rzucił Valejko Brkić, a po 15 dołożyli White, Beech. Do dorobku zespołu świetnie wpisał się Conley Garrison , notując 10 pkt 6 zb 8 as. Ta różnorodność była jednym z atutów zielonogórzan. Kiedy jeden zawodnik nie miał najlepszego fragmentu, odpowiedzialność mogli przejąć inni.
Dziki nie odpuściły do końca. W czwartej kwarcie wygrały 17:13 i jeszcze próbowały odwrócić losy spotkania, ale pogoń rozpoczęła się zbyt późno. Zastal zachował spokój i wygrał 81:77.
Dwa mecze, cztery różne historie
Jeżeli potraktować oba półfinały jako pierwszy poważny test przed sezonem, trudno o lepszy materiał do analizy. Legia i Zastal wygrały, ale zrobiły to na zupełnie różne sposoby. Mistrzowie Polski oparli swoje zwycięstwo na świetnym początku, skuteczności za dwa punkty i indywidualnej jakości swoich liderów. Zastal natomiast wygrał dzięki większej regularności i umiejętności utrzymania przewagi mimo bardzo mocnego nacisku Dzików.
I właśnie to zostaje po sobotnich półfinałach. Nie perfekcyjna Legia, nie dominujący Zastal, nie słabe Dziki i nie bezradny Trefl. Zamiast tego dostaliśmy cztery zespoły, które dopiero zaczynają pisać historię sezonu 2026/2027. Każdy z nich pokazał coś wartościowego, ale każdy zostawił też pytania, na które odpowiedzi przyjdą dopiero w kolejnych tygodniach.
Legia musi dalej budować chemię pomiędzy nowymi zawodnikami i znaleźć sposób na utrzymanie intensywności przez pełne czterdzieści minut. Trefl ma materiał, by być groźnym zespołem, ale musi lepiej rozpoczynać mecze i znaleźć większą stabilność w defensywie i organizacje w ataku. Dziki po raz kolejny udowodniły, że ich energia, presja i gra w tranzycji mogą być bardzo niewygodne, ale przeciwko tak doświadczonemu zespołowi jak Zastal zabrakło kilku dodatkowych trafień. Zastal natomiast pokazał, że nawet kiedy rywal odbiera mu komfort, potrafi zachować spokój i znaleźć drogę do zwycięstwa.
Teraz z całej czwórki zostały już tylko dwie drużyny. Legia Warszawa i Zastal Zielona Góra spotkają się w niedzielnym finale o 17:30 ,tocząc bój o trofeum imienia Adama Wójcika. Jeden mecz, czterdzieści minut i pierwsza możliwość, żeby nowy sezon rozpocząć nie tylko obietnicą, ale konkretnym trofeum w gablocie.
