King zatrzymany w Sopocie - Trefl górą w hicie kolejki!

ERGO Arena była dziś świadkiem niesamowicie dojrzałego występu Trefla Sopot, który pokonując Kinga Szczecin 84-74, skutecznie zablokował gościom drogę do objęcia pozycji samodzielnego lidera tabeli. Spotkanie od początku układało się po myśli gospodarzy, którzy narzucili tempo, agresję i co najważniejsze - skuteczność z dystansu, co zbudowało przewagę, której King nie potrafił realnie zniwelować aż do końcowej syreny.
Świetny Goins i orkiestra zza łuku
Trefl rozpoczął mecz w sposób niemal podręcznikowy. Wykorzystał ospałość Kinga Szczecin w pierwszych minutach, aby wykreować sporą przewagę punktową, a następnie musieć ją "tylko" utrzymać. Już po pierwszej kwarcie sopocianie mieli 12 punktów przewagi, a ich gra wyglądała na w pełni kontrolowaną i przemyślaną. Motorem ofensywy był bardzo stabilny Jakub Schenk, który jak zwykle dowiózł solidny występ, zawsze grożąc gościom zarówno wykreowaniem świetnej akcji, jak i nagłym rzutem. Prawdziwą zmorą defensywy gości był jednak Kenny Goins, dziś wręcz zabójczy zza łuku (5/7 za trzy), trafiający nawet przez ręce obrońców. To właśnie jego skuteczność z dystansu niszczyła kolejne próby powrotu Kinga. Trefl grał organicznie - bez szarpania, bez chaosu, z naturalnym przepływem piłki i cierpliwym budowaniem pozycji rzutowych. Do przerwy gospodarze prowadzili już 50-30, co było efektem nie tylko świetnej skuteczności, ale też bezlitosnego wykorzystywania dziur w obronie szczecinian. Po przerwie Trefl nie miał zamiaru oddać kontroli. Kolejne trafienia Goinsa, bardzo solidny występ Dylana Addae-Wusu, a także niesamowicie wartościowe minuty Paula Scruggsa i ciągła stabilność Jakuba Schenka pozwoliły spokojnie dowieźć przewagę do końca. Co równie istotne - pod koszem walkę zwyciężyli centrzy Trefla, Mikołaj Witliński i Mindaugas Kacinas, którzy wygrali fizyczną walkę z Nemanją Popoviciem i Ondrejem Hustakiem.
Zbyt mało ognia, zbyt niska skuteczność
King Szczecin od samego początku wyglądał na drużynę spóźnioną na własny mecz. Największym wrogiem ekipy ze Szczecina była jednak nieskuteczność - zarówno spod kosza, jak i z dystansu. Sopocianie konsekwentnie podwajali przede wszystkim Jovana Novaka, zmuszając go do oddawania piłki i inicjowania akcji przez innych zawodników, co często kończyło się chaosem, w którym King nie potrafił się odnaleźć. Największa różnica między zespołami widoczna była jednak w rubryce rzutów za trzy punkty, bowiem Trefl jak to Trefl - był bezlitosny zza łuku, gdy szczecinianie kompletnie nie mieli pomysłu na kończenie akcji na obwodzie. Trzy to więcej niż dwa, o czym King się boleśnie przekonał. Po przerwie w grze Kinga pojawiło się zdecydowanie więcej energii, co z pewnością dodało kibicom ekipy przyjezdnej nieco optymizmu. Anthony Roberts zaczął odgrywać coraz większą rolę w ofensywie, a cała ekipa wokół Robertsa grała dużo szybciej niż w pierwszej połowie. Trudno było jednak wskazać drugiego realnego lidera ekipy ze Szczecina w tym meczu, bowiem nie można tu mówić o dobrym meczu Nemanji Popovicia, a poza Novakiem reszta zespołu pełniła głównie role zadaniowe, bez realnej próby przejęcia odpowiedzialności za dalsze losy spotkania. Mimo ambitniejszej postawy w drugiej połowie, brak skuteczności i ciągłe karanie błędów przez sopocian zza łuku skutecznie odbierały Kingowi nadzieję na złapanie kontaktu.
Podsumowanie
Trefl Sopot odniósł niezwykle ważne zwycięstwo, szczególnie w kontekście poprzedniej ligowej porażki z MKS-em Dąbrowa Górnicza. Dzisiejszy występ był pokazem dojrzałości, zespołowości i znakomitej egzekucji, zwłaszcza w rzutach z dystansu. Dla kibiców z Trójmiasta to idealny moment na oddech i spokojną przerwę reprezentacyjną. King Szczecin natomiast zszedł z parkietu pokonany, ale bogatszy o bardzo cenną lekcję. Zespół trenera Macieja Majcherka dokładnie wie, gdzie pojawiły się największe pęknięcia, i z pewnością będzie pracować nad naprawą tych elementów, aby po przerwie wrócić silniejszym i bardziej kompletnym zespołem.
Kacper Prążyński & NB















