Wielki Noah Reynolds! Udany powrót Kinga do Europy!

Po wtorkowych spotkaniach polskich ekip w ramach europejskich rozgrywek przyszła środa, w którą to King Szczecin w ramach swojego powrotu do europejskich lig po roku nieobecności podjąć się musiał na własnym terenie rywalizacji ze słowackim Nitra Blue Wings. Choć środowy wieczór w Szczecinie okazał się dość chłodny, to z pewnością wynik oraz ogólna prezencja drużyny Kinga mocno ociepliły serca fanów tej ekipy.
Powrót do Enea Areny
Choć pierwszy mecz PGE Basket Ligi w sezonie 2026/27 na Enea Arenie nadejdzie dopiero w sobotę, to właśnie środowa potyczka w ramach FIBA Europe Cup miała symboliczne znaczenie dla szczecińskiego Kinga. Aura szczecińskiej publiczności - choć ta ze względu na porę oraz rozmieszczenie kibiców na arenie mogła nie wywoływać wielkiego wrażenia, szczególnie przed ekranem - jak zwykle dowiozła. Szczecińska Wataha prowadząca doping ponownie stanęła na wysokości zadania i stanowiła niezwykłe tło dla toczącego się wówczas na arenie meczu koszykówki. I nie tylko tło, bowiem stanowiła również bezpośrednie wsparcie dla swoich zawodników, co z pewnością wpływało na ich morale. Po raz pierwszy w tym sezonie została także kultywowana przez zespół i kibiców tradycja pomeczowej, wspólnej celebracji po wygranym meczu, co można odczytać jako jedną, bardzo pocieszającą wiadomość - sezon w Szczecinie się już zaczął.
Szalone otwarcie sezonu
Po niezwykle dominującym występie w Toruniu King podjął się rywalizacji z drużyną z górnej czwórki zeszłego sezonu na Słowacji - Nitra Blue Wings. Mecz ten od początku nie układał się dla szczecinian źle, natomiast spodziewaliśmy się raczej większego narzucenia tempa przez Kinga. Od samego początku obie drużyny szły łeb w łeb - natomiast bez cienia przesady można powiedzieć, że King bardziej sam sobie przeszkadzał, niż Słowacy dawali radę. To znaczy, zespół Nitra Blue Wings zaprezentował się naprawdę bardzo dobrze w pierwszej połowie, mieli atuty do równania się z Kingiem, a także bardzo dobrą egzekucję błędów, które King popełniał bardzo dużo, w szczególności za pośrednictwem głupich strat. Tu w szczególności wyróżniali się znany z występów dla MKS-u Dąbrowa Górnicza w zeszłym sezonie Dale Bonner oraz Tristan Ikpe, bowiem mimo naprawdę solidnej gry w obronie przez Kinga trafiali oni rzuty z naprawdę ciężkich pozycji, dając swojemu zespołowi szansę na zwycięstwo.
King bardzo konsekwentnie i spokojnie dobierał tempo do potrzeb rywalizacji, co z takimi szaleńcami z piłką w rękach jak Zahir Porter czy Noah Reynolds powinno było spokojnie przynosić rezultaty - ale tak jak wspomniałem - King sam sobie przeszkadzał. Ogromna ilość niepotrzebnych strat, prób przyspieszenia gry w momencie, który okazywał się do tego nieodpowiedni, oraz zwyczajna niefrasobliwość przy podawaniu piłki zaważyły o tym, że Słowacy zyskiwali bardzo łatwe punkty z kontry i zeszli z delikatnym prowadzeniem do szatni po drugiej kwarcie.
W trzeciej kwarcie serca fanów Kinga zaczęły już lekko drgać, bowiem King przez 4 minuty nie był w stanie niczego ustrzelić, jednocześnie tracąc punkty i będąc w pewnym momencie 10 oczek do tyłu. I to wtedy zadziała się magia, bowiem nagle - jak za działaniem czarodziejskiej różdżki - King wrzucił wyższe tempo po obu stronach parkietu. W ataku pojawiły się rozwiązania, które bezlitośnie penetrowały strefę podkoszową Słowaków, co skrzętnie wykorzystywali zarówno Alexandre Chassang, jak i Mikołaj Witliński, a w obronie zaczęli grać dużo agresywniej, kryjąc ciało w ciało i zmuszając przeciwników do błędów. Można było odnieść wrażenie, jakoby King próbował się nieco oszczędzać, ale przy -10 uznali, że trzeba pokazać Słowakom, jak się gra. Tu z kolei pojawiło się dwóch kolejnych bohaterów tego meczu.
Po pierwsze, ten cichszy bohater - Ondrej Sehnal. Jednocześnie będąc bardzo pewnym na rozegraniu, nieustannie groził ścięciami pod kosz, do których, gdy dochodziło, bardzo często objawiała nam się jego cecha, o której wcześniej raczej nie mówiono tak wiele. Sehnal jest po prostu bardzo silnym zawodnikiem. Nie można zagrać z nim bark w bark jako przeciętnej budowy obrońca, bo się odleci kilka metrów dalej. Podczas meczu bardzo mnie to uderzyło, gdy porównywałem go do Jovana Novaka - jego ciało i to, jak Czech potrafi je użyć, po prostu wymaga od obrony ciągłej uwagi. Drugim i bezapelacyjnie największym bohaterem tego spotkania był nie kto inny jak wcześniej wspomniany Noah Reynolds. Reynolds, choć był dziś wielki, to pokazał się przede wszystkim jako świetny facilitator. Zawsze był tam, gdzie był potrzebny, w obronie grał bardzo fizycznie i agresywnie, nie zbierając przy tym niepotrzebnych fauli, a piłką grał tak pewnie i zdecydowanie, jakby trener nieustannie szeptał mu do ucha najlepsze możliwe rozwiązanie. Dodatkowo, na końcu w odstępie zaledwie kilku minut trafił trzy kolejne rzuty za 3.
Na swoje pochwały zasłużyli także kapitan Tomasz Gielo oraz Przemysław Żołnierewicz. Dla Tomasza Gielo był to bardzo dobry mecz po obu stronach parkietu, gdzie spełniał swoje zadania wzorowo, posiadając najwyższe +/- (22) w drużynie Kinga. Groził on trójkami, bardzo dobrze ustawiał się na rotacjach, stawiał zasłony dające obwodowym dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebowali, i spajał grę wszystkich swoich kolegów na parkiecie do takiego stopnia, że King z nim na parkiecie naprawdę wyglądał zauważalnie lepiej. Przemysław Żołnierewicz natomiast - wow. Po prostu wow. Atletyzm, jakim dzisiaj dysponował, werwa i gra w obronie były po prostu świetne. Takiego Przemysława Żołnierewicza chcemy oglądać i taki Przemysław Żołnierewicz przyniesie dla Kinga jeszcze wiele, wiele dobrego. King zwyciężył 88-81, choć wynik ten byłby na spokojnie większy, gdyby nie delikatne rozluźnienie w końcówce. Nowy skład pięknie przywitał się z Enea Areną, a już w sobotę ponownie do niej zawita, goszcząc zespół WKS Śląska Wrocław.
















